2

Z reguły lubimy nowości i powodowane nimi zmiany. Eksperymentujemy ze wszystkimi cielesnymi elementami wizerunku – od długości włosów, poprzez ich kolor aż po zmianę kształtów twarzy i ciała. Szczególnie cieszymy się, kiedy nam ubywa kochanego ciałka i wprost piękniejemy w oczach, szczególnie we własnych. Za to o ból głowy przyprawia nas tycie, które negatywnie wpływa na nasz wizerunek. Okazuje się, że prócz dezaprobaty ze strony lustra, może nas spotkać niemiła niespodzianka ze strony nieczułych…pograniczników.

Wirtualna Polska przynosi wiadomość o tym, że pewien Brytyjczyk nie został wpuszczony z powrotem do kraju, ponieważ jego paszportowe zdjęcie tak odbiegało od aktualnego wyglądu, że służby graniczne uznały, iż nie jest to jego dokument. Teraz mężczyzna nie wyklucza pozwania pograniczników do sądu – podaje serwis News.com.au. Kuriozalna historia rozegrała się w sierpniu 2006 roku. 37-letni Derrick Agyeman wybrał się na weekend z przyjaciółmi do Amsterdamu. Kłopoty zaczęły się, gdy chciał wrócić do ojczyzny. Problem leżał w tym, że na paszportowym zdjęciu był o wiele szczuplejszy, niż w rzeczywistości. Okazało się, że od czasu wyrobienia sobie dokumentu dziewięć lat wcześniej, mężczyzna przytył aż o 31 kg. Na nic zdały się jednak tłumaczenia 37-latka – funkcjonariusze służb granicznych uznali, że paszport należy do zupełnie innej osoby. Ageyman musiał spędzić trzy miesiące w Amsterdamie, zanim udało mu się wrócić do Wielkiej Brytanii.

Kilkanaście lat temu przeżywałam tego typu historie, tyle tylko że ich uczestnikami byli członkowie dalszej rodziny oraz znajomi rodziców. Proces mojego tycia postępował tak intensywnie, że pod adresem rodziców wiele razy padało pytanie o…zamianę poprzedniej córki na tę nową. W momencie zwrotu i początkach intensywnego chudnięcia zdarzały się podobne historie, choć zabarwione komentarzem “ta sama, tylko mniejsza”.

Nie przejmowałam się tymi zmianami, póki nie zaczęłam odwiedzać instytucji i urzędów, gdzie należy okazać dowód czy legitymację studencką. Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć, że nie jestem podobna do osoby na fotografii w dokumencie. Nie przejmowałam się tym zbytnio. Na wyjazdy zagraniczne do strefy Schengen prócz innych dokumentów zabierałam – na wszelki wypadek – paszport, ale modliłam się, żeby nikt nie prosił o jego okazanie. Przestraszyłam się na dobre dopiero wtedy, kiedy w ubiegłym roku jeden z ochroniarzy chciał wzywać policję, by ustalić moją tożsamość. Wtedy postanowiłam jak najszybciej wymienić dokumenty.

Podczas procedury wymiany dowodu należy podać powód jej wszczęcia. Kiedy powiedziałam, że “wymieniam, ponieważ zeszczuplałam na tyle, że już nie jestem podobna do osoby na fotografii i miałam z tego powodu kłopoty”, urzędniczka zdębiała. Nadmienię, że nasze suche paragrafy nie znają takiego pojęcia jak całkowita lub mocna zmiana wizerunku, która uniemożliwia rozpoznanie osoby. Została więc wpisana formułka “inne powody wymiany”.

Znów śmiało wyciągam dowód, gdyż wizerunek na kawałku plastiku jest zgodny z realnym. A to cieszy mnie w dwójnasób.


0

Niedawno oglądałam program o sektorze fitness. Okazuje się, że pod względem kontaktów ze zorganizowanym fitness’em nasz kraj ma się słabiutko. Otóż, wg danych zaprezentowanych przez CNBC Biznes (TVN) zaledwie 7% Polaków korzysta z usług fitness club’ów, siłowni, itp. Tymczasem w innych europejskich krajach współczynnik ten wynosi aż 30%.

Szczególnie obiecująco brzmi to wszystko dla przedstawicieli branży fitness. Zapewne w najbliższych latach odnotujemy znaczny wzrost nakładów na reklamę jej działalności oraz wszystko, co z nią bezpośrednio i pośrednio związane.  Przed nami oczywiście jeszcze daleka droga do stanu, kiedy to na masową skalę po pracy (przed albo w trakcie) będziemy sięgać po sportową torbę i maszerować – wg grafiku – na basen, siłownię czy inną salę ćwiczeń.

Co ja na to? Oczywiście zgadzam się ze stwierdzeniem, że ruch to zdrowie – fizyczne i psychiczne. Popieram namawianie Polaków do dbania o siebie. Myślę jednak, że zachęcanie ludzi do wyrabiania w sobie nawyku regularnego pędzenia na wielkie sale, pełne ludzi, w tym(często) sfrustrowanych pracoholików, to trochę za dużo. Oczywiście są takie rodzaje aktywności, które przynajmniej w okresie jesienno-zimowym wymagają skupienia się w budynku (np. aerobic, taniec czy gry zespołowe). Nie przeczę, że są tacy, którzy preferują zorganizowaną i zrutynizowaną aktywność fizyczną w pomieszczeniu (wszystko jedno czy klimatyzowanym czy nie) nad tę spontaniczną na świeżym powietrzu.
Chciałabym jednak uchronić ludzi od ulegania, tak rozdętemu na Zachodzie, kultowi ciała. Denerwuje mnie także, że wielkie koncerny wmawiają – pełnym przecież zbożnych intencji oraz dobrych chęci – amatorom, że bez wspaniałych butów, ciuchów, napojów, odżywek i innych gadżetów firm X czy Y ich wysiłek fizyczny jest, jeśli nie bez sensu, to przynajmniej mniej trendy. Chciałabym, żeby każdy wybierał taki rodzaj aktywności, jaki rzeczywiście odpowiada jego upodobaniom. Może ktoś ma serdecznie dość poleceń, klimatyzacji i oddechu ludzi na plecach, ale idzie ćwiczyć do klubu X, bo chodzi tam pół wydziału albo macierzysta firma ma tam kolosalne zniżki?

Mówię to wszystko, gdyż mam dość długie doświadczenie aktywności w miejscach amatorskiego zmasowanego uprawiania sportu (siłownia i aerobic). Lubię tam być, ale od czasu do czasu. Szczytem mojego uspołeczniania jest wizyta, w porze popołudniowej lub w weekend, na basenie. Tam jednak (prócz tłoku na torach) nie ma możliwości aż tak intensywnego podglądania współmęczenników:) Piszę to z przekąsem, ale niech mi ktoś z ręką na sercu powie, że w wielkiej sali pełnej ćwiczących nie ma nikogo, kto nie zwraca uwagi na dokonania innych. Wiadomo, porównywanie działa na nas motywująco. A jeśli nie chcemy się motywować i dołować, a jeśli jedyne o czym marzymy, to leżenie do góry brzuchem?

Prócz wspomnianego basenu najbardziej lubię spacery i jazdę na rowerze. To właśnie wtedy decyduję co i kiedy robię. To ja określam tempo i porównuję się sama ze sobą. To wtedy ruch sprawia mi największą przyjemność. Poza tym, zarówno spacer jak i rower to aktywność bezpłatna, więc ogólnodostępna. Co równie istotne, możliwa do uprawiania na świeżym powietrzu. Ostatnim argumentem mającym przekonać do rekreacji na świeżym powietrzu jest to, iż jest ona możliwa do realizacji przez większe grupy, w tym rodziny. Wszakże przyjemniej spala się obiad (z deserem) podczas spaceru, zatrzymywania się to tu, to tam czy prostych zabaw typu berek, niż podczas samotnej, ustalonej od do, katorgi w klubie czy na siłowni.


2

Pełnia lata to idealny okres na amatorską sesję zdjęciową. Zwłaszcza wieczorami, kiedy ostatnie ciepłe promienie słoneczne miękko pieszczą wszystkie kształty i kolory. A zatem mojej sesji miejskiej odsłona druga.

Spacer w szpilkach z zamkniętymi oczami? Niemożliwe staje się możliwe.

Pieszczona ostatnimi promieniami słońca

W tle PKiN a na pierwszym planie palemka na głowie

A teraz w drugą stronę

Ach, te motory

O, mrówka

Portyk chińskiej restauracji

Gimnastyka

Uwielbiam siadać na balustradach

Uśmiecham się, choć ludzie dziwnie mi się przypatrują. W końcu nie codzień zdarza się widzieć taką kobietę i taką sesję.


0

Lubicie bajki? Bo ja lubię, i to bardzo! Ta forma przekazu ważnych treści nie męczy, nie wymaga wzbijania się na intelektualne wyżyny, a jednak przynosi pożyteczną wiedzę. Są takie książki, po które sięgam od czasu do czasu, choć prawie znam je na pamięć. Moim – prywatnie – ulubionym pisarzem jest Paulo Coelho. Ktoś zada pytanie, skąd to – kojarzące się z popkulturą – nazwisko w poście nt. bajek. Otóż niewtajemniczonych uświadamiam, że jest to jedno z najbardziej znanych nazwisk ostatnich lat. I budzi skrajne odczucia. Krytycy jego prozy twierdzą, że pisze w sposób banalny, miesza rożne wątki i „odgrzewa stare kotlety”. Czytelnicy tacy jak ja z kolei kochają się w jego prostych opowieściach, które bez trudu można pochłonąć  w kilka godzin. To prawda, na kartach książek Coelho często można znaleźć truizmy, ale…twierdze, że my ich potrzebujemy. Szczególnie w dzisiejszych czasach nastawionych na kult pięcia się po drabince sukcesu, pięknego młodego ciała i wiecznego uśmiechu.

„Alchemik” jest jedną z takich „bajek” z truizmami. A jednak. Ma swój czar, urok prostoty języka i siłę motywacyjną. Tym, którzy nie sięgnęli jeszcze po to dziełko, które uczyniło z brazylijskiego pisarza gwiazdę światowego formatu, pragnę powiedzieć dlaczego uważam, że warto to uczynić. Coelho, na przykładzie losów wykreowanej postaci, przedstawia wizję życia człowieka jako logiczną drogę. Jest ona poetycko nazwana „legendą” oraz „śnieniem własnej legendy”. Pełna jest niespodzianek i zakrętów. Natomiast należy wiedzieć, że każdy człowiek ma własną drogę, wewnętrzną. I tylko podążanie nią  prowadzi do pełni szczęścia. Już dziecko w kołysce ma swoje – skąd wiemy, że nie ma? – plany i aspiracje. Potem, wraz z rozwojem fizycznym, psychicznym i duchowym, odkrywa nowe kuszące propozycje wyboru jednej z wielu dróg. Przy okazji uczy się, że pewne dążenia wymagają wielkiego wysiłku a i tak mogą nie zostać zrealizowane. Często się poddaje, ucisza wewnętrzny głos marzeń i pragnień. Żyje „jak wszyscy”, bo „tak wypada”. Czasem umiera zupełnie zapomniawszy o młodzieńczych wizjach i tęsknotach serca. Czasem jednak sam albo pod wpływem czegoś lub kogoś budzi się do życia, otrząsa i zaczyna realizować własną legendę. Zmaga się z codziennością, ale wie, że nie jest to wegetacja, ale prawdziwe Życie!

Kiedy pierwszy raz czytałam „Alchemika” byłam bardzo młoda. Do tego otyła, osamotniona, bezkarnie publicznie tykana różnymi złośliwościami. I wtedy właśnie z milion razy zadałam sobie pytanie o to czego ja tak naprawdę chcę w życiu, jakie ono ma być żebym czuła zadowolenie. Wówczas chciałam schudnąć i być akceptowaną przez otoczenie. Potem było wiele innych – krótko i długofalowych – celów. Często łapałam się i na tym, że moje plany i nadzieje padały jak domki z kart. Jednak, umiejąc patrzeć otwartym sercem na “znaki drogowe” mojej legendy, odnajdywałam nowe, dużo lepsze formy realizacji siebie.

Kiedy mam trochę czasu tylko dla siebie, to staram się spojrzeć na swoje aktualne sprawy, dylematy i sukcesy, by zadać sobie pytanie o moją legendę. Muszę powiedzieć, że mimo różnych trudności śnię swoja legendę. Robię to, co lubię, umiem się tym cieszyć i słuchać siebie. Wiem też czego w przyszłości muszę strzec najbardziej. Marzeń, wyobraźni, nutki szaleństwa i zaufania do samej siebie.

Od czasu pierwszego zetknięcia z “Alchemikiem”, ilekroć muszę podjąć jakąś ważną decyzję zadaję sobie pytanie o to czy nie zbaczam ze swojej ścieżki, czy ta decyzja pomoże czy odwiedzie mnie od realizacji mojej legendy. Mi taka forma wewnętrznych konsultacji pomaga i daje uspokojenie. Trwa to kilka dni, w czasie których odwołuję się i do tego, co radzi mi otoczenie i do poprzednich doświadczeń i do intuicji. Staram się wypośrodkować dwie postawy – zachowawczość i beztroską spontaniczność.

Kto nie chce czytać Coelho, niech sięgnie do literatury  popularnonaukowej, która inspirowała się opisaną przez niego filozofią życia. Na polskim rynku wydawnictw psychologicznych głośnym echem odbiła się „Alchemia Alchemika” – książka znanego psychologa Wojciecha Eichelbergera, w rozmowie z Wojciechem Szczawińskim. Ten pierwszy pokusił się o analizę symboli i komentarz do tekstu Coelho. Zachęcam do lektury obu książek. Z pewnością pomogą podładować akumulatory motywacji i wewnętrznego szczęścia.


2

Sesja w miejskim plenerze, czyli zwiewna sukienka, lekkie dodatki i…dużo dobrej zabawy.

Na – pełen niespodzianek – spacer po miejskim bruku nadają się szpilki

A teraz chodź tu do mnie…

…poczuj się swobodnie…

Aż wreszcie czas do domu

No co? Ja też mogę spojrzeć z góry:)


0

Najczęściej dawany prezent – czekolada – spożywana w rozsądnych ilościach uspokaja, łagodzi spory i dodaje skórze blasku, opóźniając powstawanie zmarszczek. Poprawia też humor, a jedzona we dwójkę działa jak afrodyzjak.

Z orzechami, miętą lub chilli – czekolada jest królową najstarszych i najbardziej znanych firm cukierniczych na całym świecie.

Carpe diem
Czekolada dostarcza nam „hormonów szczęścia” – serotoniny i endorfin, które wywołują uczucie radości, a wręcz euforii. Dlatego zjedzenie sporej ilości tego smakołyku wywołuje taki sam stan ducha jak wtedy, kiedy jesteśmy zakochani.
Spowalnia też starzenie się. A to za sprawą ziarna kakaowego, które jest bogate w polifenole, związki o silnym dzianiu antyutleniającym. 40 g gorzkiej czekolady zawiera tyle samo polifenoli, co kieliszek różowego wina czy pół szklanki mleka. W dodatku polifenole z czekolady zapobiegają starzeniu się skóry jeszcze skuteczniej niż te zawarte w mleku.

Badania przeprowadzone w USA wykazały, że zarówno gorzka czekolada (16 g dziennie), jak i kakao w proszku (22 g dziennie) mogą redukować poziom „złego” cholesterolu LDL we krwi nawet o 10%, zwiększając jednoczeń nie ilość „dobrego” cholesterolu HDL. Australijczycy wykazali z kolei, że jedzenie czekolady pomaga zapobiegać zakrzepom żylnym, zawałom serca i udarom mózgu. Wchodząca w skład czekolady miazga kakaowa jest bogata w nienasycone kwasy tłuszczowe, witaminy A, B1 i B2. Witaminy z grupy B przyspieszają przewodzenie sygnałów nerwowych z mózgu do mięśni. Dlatego bez obawy można zjeść kilka kostek smakołyku, kiedy czujemy osłabienie podczas intensywnego dnia, przed treningiem lub na dyskotece.
Pamiętajmy jednak, że czekolada nie wpływa korzystanie na szkliwo zębów, dlatego po każdym jej spożyciu należy wyczyścić jamę ustną.

Kalorie to nie wszystko
Jedna stugramowa tabliczka dostarcza 550–600 kcal i 30 g tłuszczu. Mimo że zawiera także tyraminę i fenyloetyloaminę, które czasem powodują migrenę i mdłości, jest jednym z najpożywniejszym z łakoci.
Uspokaja nerwy, ponieważ zawiera dużo magnezu (sto gramów czekolady z orzechami to 65 mg Mg). Szczególnie dużo tego pierwiastka jest w czekoladzie gorzkiej. Zawiera też dwa razy więcej wapnia niż mleko i ma dużo więcej fosforu niż dorsz, dlatego jest dobrym budulcem kości.
Spora porcja potasu wzmacnia też układ nerwowy i poprawia pracę mięśni. Co ciekawe, czekolada do picia zawiera więcej żelaza niż ta w postaci tabliczki, a żelazo to pierwiastek chroniący przed anemią, dający siły i wytrzymałość, szczególnie cenny dla kobiet.

Czekolada to przebój także na rynku kosmetycznym. Jest składnikiem maseczek na twarz, kremów czy nawet szamponów. Można ją znaleźć także w produktach erotycznych – jadalnym budyniu do ciała czy czekoladowym pyle…

Jednak bez wątpienia najwięcej zwolenników ma ta czekolada, którą można łamać na kawałki i zjadać wprost ze sreberka.

Przyjemne spalanie

Jeśli chcemy nieco ograniczyć kalorie, to zamiast czekoladowych ciast i deserów wybierajmy galaretki oblane czekoladą i owoce w czekoladzie. Wystarczy szczypta zdrowego rozsądku i ulubioną rozkosz podniebienia można jeść z lekkim sercem.

Wszak nadmiar łatwo można spalić na zajęciach w fitness klubie, na wycieczce rowerowej, zabawie z psem czy romantycznym spacerze pod letnim rozgwieżdżonym niebem.


2

Zawsze zastanawiałam się jak to jest mieć “takie” zdjęcia. W końcu odważyłam się na nie pod wpływem impulsu. Nie była to studyjna sesja, ale spontaniczna zabawa z aparatem.

Ktoś powie, że to nie są pełne akty. Tak, są widoczne jeansy i zwykła bielizna. Ktoś inny skrytykuje (nieretuszowane) fałdki – skóry a nie tłuszczu – na plecach. Owszem, po ubytku 50 kg na ciele pozostały ślady tej “walki”. Noszę je dumnie, choć nimi nie epatuję.

Najważniejsze jednak to mądrze akceptować swoje ciało, a przy tym być otwartym na eksperymenty i zadowolonym z podjęcia tej zabawy. A ja jestem!


1

Najłatwiej zapominamy o najprostszych sposobach dbania o ciało. Tymczasem  zamiast wyjazdów do drogich ośrodków wystarczy domowa wanna. Do tego trochę dobrych chęci, fantazji i niewielkich wydatków. A efekty tak samo zadowalające. SPA (sanus per aquam, czyli zdrowie przez wodę), to luksus, który można wprowadzić w każdej wannie.

Na początek prysznic
Dla minimalistów wystarczy kilka minut pod prysznicem. O poranku najlepszy jest pobudzający krótki chłodny tusz z udziałem olejków
o energetyzujących zapachach, np. mandarynka lub grapefruit. Dodaje o wiele więcej energii niż filiżanka kawy. Wieczorem wybieramy spokojne nuty zapachowe, np. lawenda, wanilia, cynamon czy róża. Zwykły strumieńwody przyniesie odprężenie, ulży zmęczonym mięśniom i polepszy krążenie w miejscach zaatakowanych przez cellulit. Należy nastawić strumień wody na maksymalny i wymasować się kolistymi ruchami z dołu do góry, w kierunku serca. Szczególnie istotna jest ta kolejność w przypadku zimnego tuszu. Inaczej może dojść do szoku termicznego i omdlenia. Pamiętajmy, że zimna woda powinna być używana naprzemiennie z ciepłą. Z tym, że zawsze
kończymy zimnym strumieniem.

Dla leniuchów

Zimowe wieczory idealnie nadają się na leniuchowanie w wannie. Wystarczy wypełnić ją w ¾ ciepłą woda (ok. 34oC) i wrzucić kąpielową tabletkę, która, rozpuszczając się, sprawia, że woda musuje, delikatnie łaskocząc i pobudzając całe ciało. Pieniące się płyny do kąpieli zmiękczają wodę i nadają skórze piękny zapach. Należy wlewać je pod strumień wody z kranu, a na całą wannę wystarczy wtedy zawartość jednej nakrętki. Dodatki kąpielowe zawierają w sobie minerały odżywiające i zmiękczające skórę, a przy okazji roztaczają przyjemny zapach. Taki seans w wannie powinien trwać ok. 15 minut. Jeśli chcemy zostać dłużej, należy uprzednio dolać olejek zapobiegający przesuszaniu skóry, np. z geranium i zielona herbatą.

Woda, nawet gdy służy do leniuchowania, pomaga naszemu kręgosłupowi i mięśniom. Są one łagodnie, lecz efektywnie masowane i odciążane. Nasze babcie miały swoje sposoby na wykorzystanie wanny. Lały krochmal, kiedy chciały ulżyć suchej skórze, mleko, by ją nawilżyć, a kleik z siemienia lnianego na ukojenie podrażnień. Metody tanie i wciąż aktualne.

Klasyczne domowe SPA
Na godzinę przed zabiegiem wyłączamy telefon komórkowy, zjadamy lekki posiłek, przebieramy się w szlafrok i zaczynamy przygotowania do kąpieli. Zanim wskoczymy do pachnącej wanny, trzeba wyszorować ciało przy użyciu specjalnej szorstkiej rękawicy, np. sizalowej. Woda musi mieć odpowiednią temperaturę w zależności od tego, jaki efekt ma przynieść. Do kąpieli sypiemy sól, wlewamy płyn lub olejek eteryczny. Zamiast lampy sufitowej zapalamy aromatyczną świecę albo podgrzewacz w kominku aromaterapeutycznym.
Kąpiel to świetna okazja, by na twarz nałożyć maseczkę z błota termalnego lub morskich alg. W wannie najpierw szczotką szorujemy dłonie. Następnie masujemy ręce po stronie wewnętrznej i zewnętrznej. Pod wodą masujemy stopy i wewnętrzną stronę łydek i ud. Następnie strona zewnętrzna, od
bioder do kostek. Klatkę piersiową i brzuch masuje się, zawsze delikatnie, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara.
Jeśli chcemy wykonać ćwiczenia w wodzie, najlepiej zaopatrzyć się w antypoślizgową matę do wanny. Główną zasadą jest spokojne rozciąganie kolejnych partii mięśni.
Po kąpieli osuszamy ciało, zmywamy maseczkę tonikiem i wklepujemy w twarz krem z algami, morskimi minerałami lub wodą termalną. Duże powierzchnie skóry koniecznie natłuszczamy i nawilżamy oliwką lub balsamem. W przeciwnym razie skóra będzie wiotka i szorstka.
Wymasowane i pachnące ciało najlepiej otulić miękkim szlafrokiem. Potem wypić filiżankę aromatycznej herbaty i dalej relaksować się według własnych upodobań.


3

Od przeszło roku wagę traktuję jak muzealny gadżet. Ważę się tak rzadko, że za każdym razem muszę ścierać z urządzenia warstewkę kurzu!

Ostatni raz weszłam na wagę w dniu urodzin (29 maja). Po przeszło dwóch miesiącach picia dużej ilości zielonej i miętowej herbaty oraz zwiększonej konsumpcji warzyw i owoców postanowiłam się zważyć i…Zostałam mile zaskoczona. Na półmetku wakacji odnotowałam ubytek 2 kg!

Bez tzw. ciśnienia, aczkolwiek z – właściwym wszystkim dążącym do osiągnięcia idealnej masy ciała – dreszczykiem napięcia, czekam na kolejne ważenie. Ciekawe jak będzie wyglądała sytuacja pod koniec wakacji.


2

Biała koperta a w środku śliczna karta przewiązana zieloną wstążką… Dostałam zaproszenie na ślub i wesele. Fantastycznie! Spotkam się z rodziną, będę tańczyła…

Zaraz, zaraz. Tylko w co ja się ubiorę? Nie, tym razem nie jest to spazmatyczne pytanie zadawane przed szafą pełną ciuchów. To brutalna rzeczywistość osoby o wciąż zmieniającym się rozmiarze garderoby. W ostatnich latach chudłam tak intensywnie, że nie pokusiłam się o kupno drogiej kreacji „na wielkie wyjście”. Korzystałam z usług krawcowej, która albo uszyła coś niedrogiego albo w ostateczności tu i tam przycięła, ścisnęła i “jakoś to było”. Tym razem także chciałam jedynie nieco zwęzić sukienkę oraz żakiet, w których bawiłam się kilkanaście miesięcy temu. Jednak, ku mojej rozpaczy, okazało się, że ubiegłoroczna kreacja jest na mnie za duża! I to o jakieś 1, 5 rozmiaru.

Trzeba było szybko podjąć decyzję co począć w tej sytuacji. Z braku czasu postanowiłam zrezygnować z szycia kreacji i postawić na tradycję, czyli zakupy w sklepie. Do pomocy w zakupowej misji zgłosiła się moja mama. Trzy dni zajęło nam obejście wszystkich sklepów z sukienkami. I oczywiście znalazłyśmy wiele świetnych kiecek. Tyle tylko, że wszystkie były na ramiączka. A ja z racji nieestetycznej skóry pod pachami właśnie te fragmenty muszę mieć zakryte.

Już prawie w akcie desperacji, przypadkiem…namierzyłyśmy sukienkę marzeń. Jest to komplet z bolerkiem. Sukienka co prawda na cienkich ramiączkach, ale bolerko załatwia sprawę. Nic tylko brać i pędzić do kasy. O, złudna nadziejo! Nie, nie było tak słodko. Okazało się, że jakkolwiek rozmiar 38 idealnie pasuje w biuście i talii, to zbyt mocno opina newralgiczne „doły”. Koniec końców została zakupiona sukienka w rozmiarze 42. To załatwia sprawę zatuszowania pupy, ale co z górą, która w tej konfiguracji jest za luźna? Na szczęście sklep oferuje bezpłatną usługę przeróbek. Ufff, kamień z serca.
Teraz pozostaje mi utrzymanie – częściowo już zdobytej – opalenizny, skompletowanie dodatków oraz przypomnienie sobie podstawowych figur tanecznych.