1

Panom życzę w tym dniu entuzjazmu oraz nieustannego zapału do wielbienia uroku i geniuszu kobiecego :) Niech spotykają Was zasłużone zaszczyty i uznanie. Niech Wasze ukochane drużyny zawsze święcą triumfy. A kobiety oraz auta, o których marzycie, mają wierne przełożenie na rzeczywistość.

Paniom życzę zaś spotykania wyłącznie Mężczyzn godnych tego miana – szarmanckich, pogodnych, empatycznych, zdecydowanych i pomocnych. W sferze wyobraźni zostawiam takie  -nie do opisania – cechy jak zabójczo przystojni amanci i czarująco łobuzerscy chłopcy o złotym sercu…w jednym!


0

Zdaje się, że zaczyna się bezpowrotny odwrót zimy. I dobrze. Co prawda dawała ona w kość, ale dawała też powody do uśmiechu. W końcu to zimową porą są – tak upragnione przez nas białe – Święta Bożego Narodzenia, zabawy karnawałowe, szaleństwa na sankach i okazje do przytulania, bo przecież jakoś z mrozem sobie radzić trzeba a we dwoje lepiej to wychodzi:)

Na to pożegnanie okresu grubych swetrów, rękawiczek, szalików; bohaterskiego oczekiwania na spóźnione autobusy i pociągi, niezamierzonych piruetów na oblodzonych schodach i chodnikach, ale jednocześnie czasu bitew na śnieżki, cudownych widoków ośnieżonych lasów i zamarzniętych tafli jezior postanowiłam zamieścić kilka zdjęć, na których jestem w zimowym otoczeniu, zziębnięta i marząca o powrocie do ciepłego domku.

Turecki akcent.

Cała naprzód!

W tył zwrot.

Otwarta i gotowa. Na wszystko.

Zimno, ale komu?

Gorąc aż ze mnie bucha…

Brrr, zimno mi. Najwyższy czas puścić się pędem do domu, napić gorącej herbaty i zjeść porządny obiad. Mówiąc o “porządnym” mam na myśli kotleta z piersi indyka (ok. 200 g) maczanego w jajku, pół woreczka kaszy gryczanej i buraczki na kwaśno. A na deser budyń waniliowy ugotowany na mleku 0,5% z dodatkiem 2 łyżek domowego dżemu truskawkowego, mniam.


0

Dzień Kobiet. Ulice pełne sprzedawców wciskających panom – od latu dwu do stu – marcowe tulipany. Komunikacja miejska od samego rana pełna pań taszczących mniejsze lub większe objawy męskiego uwielbienia, czyli najczęściej bukiety żywego lub nieco już zwiędłego kwiecia.

Wszystkim Kobietom życzę: nieustającej miłości do siebie i świata, śmiechu, który rozsadza mury skuteczniej niż kilof, sexappeal’u mającego moc bomby atomowej, siły do walczenia o siebie, odwagi w planowaniu i realizacji marzeń, czasu na odpoczynek i wielu powodów do uśmiechu na koniec dnia. Życzenie cudownego mężczyzny u boku, który ZAWSZE jest jak niezarysowany diament, czyli: oddany, wierny, pomocny, czuły, empatyczny, umiejący rozbawiać nas do łez, świetny w kuchni i łóżku, spełniający nasze prośby bez potrzeby ich powtarzania, dbający o siebie w rozsądnym stopniu a o nas w stopniu zawsze ciut za małym :) oraz zabójczo przystojny jest życzeniem oczywistym. Czy takie “ciacha” się zdarzają? Ależ tak, i to nader często! W końcu większość panów jest przekonana o tym, że cechy te posiadają (i to w jednym paluszku)… a to nasza wina, że dostrzec ich nie potrafimy :D

Drogie Panie! Mamy tyle fantastycznych wprost naturalnych przymiotów, których nie posiada płeć brzydka – jesteśmy lepszymi dziennymi kierowcami, mamy szersze pole widzenia, zdecydowanie lepiej znosimy ból a także dłużej żyjemy. Wykorzystujmy nasze zalety! Posiadamy również multum cech “miękkich”, takich jak: dobrze rozwinięta empatia, przebojowość, umiejętność ubierania myśli w słowa. Nie dajmy zginąć tym atutom!


0

Zrobiłam pierwsze w życiu kotlety mielone. A czy były odchudzone? Były. Obtoczyłam je w otrębach zamiast w mące. Usmażyłam na teflonowej patelni na symbolicznej łyżeczce oleju. Kotlety na talerzu miały doborowe towarzystwo: pół woreczka kaszy gryczanej oraz mizeria z połowy ogórka i 3 łyżek jogurtu naturalnego. Pycha!

Za to na deser były – to też mój debiut - faworki własnoręcznej produkcji. Wyszedł tego wielki półmisek. Ach, palce lizać!

Dobrze, że jest piękna pogoda. Wieczorem wybieram się na długi spacer, żeby spalić część kalorii.


5

Za oknem minusowa temperatura, ale puszysty bieluśki śnieg zachęca do spaceru. Postanowiłam założyć kilka warstw ciepłych ubrań i wyjść na spotkanie z zimową bielą. W trakcie spaceru okazało się, że nie jest tak zimno. A może to zasługa długiego maszerowania oraz różnych wygibasów, których sobie nie żałowałam?

Początkowo było sielsko i anielsko. Kożuszek i gruby sweter są takie cieplutkie, ale mróz i tak szczypał.

Postanowiłam przysiąść na ławeczce…

…i spróbować zrobić kilka brzuszków. Oczywiście spódnica ograniczała moje ruchy. Niemniej jednak wykorzystywanie do ćwiczeń takiej ławki, murku czy pnia drzewa jest bardzo proste i ciekawe, w końcu takich “przyrządów” nie trzeba długo szukać.

Może ktoś ma ochotę na masaż i krioterapię w jednym? Materiałem nieźle zmrożony, puchaty biały mus.

Eksplozja śnieżnej radości!

Śnieg niestety oblepił włosy i twarz a także dostał się pod ubranie. Poczułam jak momentalnie zamarzam! Zaczęłam biegać jaka szalona i machać rękoma, żeby go wytrząść spod kożuszka i swetra. Gdybym miała siłę na zastanawianie się, to pewnie porównałabym tę próbę do zabiegów mickiewiczowskiej Telimeny zaatakowanej przez mrówki. Na szczęście miałam drugi sweter do przebrania się. A potem pędem do domu. Na gorący obiad i herbatkę, morze aromatycznej herbaty Earl Grey albo grzańca lipowo-miodowego.


2

Wprawdzie dzień św. Walentego od dawna nie jest czczony w Kościele Katolickim w szczególny sposób, ale w naszym konsumpcjonistycznym społeczeństwie jak najbardziej. 14 lutego wszyscy rozglądają się ze słodkimi misiami, czerwonymi różami i przesłodzonymi laurkami. Cukiernie, kawiarnie, restauracje, sklepy z bielizną oraz gadżetami dla obydwu płci mają pełne kasy.
A co z Walentynek mają i mogą mieć ci NIEidealni, którzy nie wyszli właśnie z kart modnych magazynów, tu i tam im wystaje, centymetr nie wskazuje upragnionych 90-60-90 a wskazówka wagi przekracza magiczne 55 a może 75kg?

Jak uczcić ten dzień? Romantyczna kolacja? Oj, lepiej nie, bo tak późny posiłek jest wbrew regułom odchudzania. Ona jeśli zje, to sałatkę, on woli coś konkretniejszego.  Deser? Wino to puste kalorie. Ciastko, jeszcze gorzej. Czekoladki? Tak, dajesz mi je, bo chcesz mnie utuczyć, żebym nie mogła zmieścić się w żadne normalne spodnie. Kilka takich “złotych myśli” i czar pryska. Nici z romantyzmu i bliskości. Panowie tego dnia, okazja jak się patrzy, jeszcze bliżej poznają swojego największego niewidzialnego wroga – cellulit. Poznają oczywiście w wersji słuchowej, bo o jego zobaczeniu raczej nie ma co mówić. Panie nie pokazują a panowie nawet jak widzą, to nie do końca wiedzą, co właściwie mają widzieć:) Efekt? I jedno i drugie niezadowolone. On się frustruje, bo chciał spędzić wieczór z ukochaną kobietą – dowcipną, energiczną, przyjacielską. Zamiast tego ma zołzę/czarownicę/złośnicę, która zamyka się w łazience i ryczy, że piersi opadają, cellulit atakuje, kremy nie działają na rozstępy. Pyta go, co on w niej widzi, że jeszcze z nią jest. A jemu włosy stają dęba i w ostatniej chwili gryzie się w język, żeby nie powiedzieć, że widzi…użalającą się nad sobą…wariatkę.

Tak, drogie panie, zadowolenie z siebie jest nierówno rozłożone. Mężczyźni nie mają cellulitu, problemów z piersiami, udami i pupami nie miewają rozstępy też rzadziej ich nawiedzają. A brzuch? Potrafią obśmiać ten temat, nawet kiedy problem jest widoczny na kilometr.

Także wygląd i autoocena mojego ciała to temat rzeka. Nie ukrywam, że wiele przeszło, w końcu najpierw gwałtowne tycie a potem ogromny spadek masy. Kiedy osiągnęłam dobrą wagę chciałam naprawić ciało. Wydawało się to proste – reklamy obiecują redukcję rozstępów, wygładzenie cellulitu, itp. “cuda”. Jeszcze w ubiegłym roku poddawałam się seriom zabiegów – mikrodermabrazji, peelingi, sauna, ampułki. W domu robiłam masaże, wcierałam kremy i sporo pływałam. Efekt nie spełnił moich oczekiwań. Rzeczywistość okazała się bolesna. Ciało wygląda jak wygląda. Patrzę jednak na to tak. Żołnierz idzie na wojnę, wraca z bliznami. To dowód jego męstwa. Ja też poszłam na wojnę, z własnym organizmem. Wygrałam ją, ale padłam w kilku bitwach, np. tej o wspaniałe jędrne ciało. Jeśli jednak miałabym wybierać, to bez wahania sięgnę po obecną wagę i ciało, które teraz mam a nie po jędrne ciało i wagę, która kazała bać się przyszłości.

Koleżanki to koleżanki, zawsze podnoszą na duchu. Ale faceci? To spędzało mi sen z powiek. W końcu pojawił się On! Wszystko super, tylko co zrobi jak z bliska zobaczy moje ciało i jego mankamenty? Na początku związku dręczyły domysły – jak on mnie widzi?, co widzi? W końcu mam oczy i widzę, że nieco odstaję od rówieśniczek.  Wszystko musiało być na tip top. Maskowałam wszystkie słabe punkty, co nie było trudne jesienią i zimą. Przeżywałam jednak katusze choćby w okresie wiosny, kiedy człowiek się dosłownie odkrywa, np. zdejmuje rajstopy i zaczyna chodzić w japonkach.
Tak więc problem wyglądu zintensyfikował się, gdy intensyfikowała się relacja z chłopakiem. Nie mówiliśmy o tym wprost. Dostałam od niego tyle miłości, akceptacji i czułości, że nie pytałam o szczegóły, nie wprost. Niedawno w czasie szczerej rozmowy usłyszałam, że “przecież mam oczy i wiem jakie masz ciało”, i jeszcze “w zakochaniu chodzi o całość, bo ciało to tylko element, ważny, ale tylko element. Pamiętaj, jeśli miałabyś ciało jak ta poprawiona Photoshop’em modelka z gazeta i gadała bzdury, to w życiu bym cię nie podrywał i się z tobą nie związał, wiąże się z osobą, nie z wyglądem, lalki szczególnie”. Słowa padły spontanicznie z usta faceta. Normalnego, bez wad wzroku:), młodego, atrakcyjnego i inteligentnego. Słowa te wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Przez 2 lata związku miałam naiwnie i życzeniowo wrażenie, że ich nie miał, że jakoś inaczej mnie widzi. A tu proszę, niespodzianka. Jak już otrząsnęłam się z faktu, że miłość nie odbiera rozumu i nie zakłada idealizujących okularów, to doszłam do interesującego wniosku.
Czasem trzeba przeżyć takie drastyczne “pedagogiczne” spotkanie z rzeczywistością. Nie narzekam jednak; te słowa były czyste intencjonalnie i płynęły z serca.Były potrzebne – i jemu i mnie.

Związek to przedziwna konstrukcja. Z jednej strony chcemy być niedostępni, zawsze atrakcyjni, uwodzicielscy i sexy, więc budujemy fasady i kryjemy się za ułudami. Z drugiej lubimy szczerość i przyjacielskość, więc otwieramy się na całego. Starałam się “nie nudzić” i nie nie wdrażać swojego chłopaka w arkana moich nawyków żywieniowych, ale krok po kroku sam odkrył co i jak. Koniec końców, obróciło się to przeciw mnie:) Podczas wizyt w restauracji gromi mnie wzrokiem, gdy zamawiam coś z białej mąki, z sosem czy z mięsa wołowego. Dostaje palpitacji serca, gdy mówię o deserze, szczególnie o coli. Wiem jednak, że wynika to z troski. Mówi, bo się martwi, chce mi pomóc utrzymać efekt, który uzyskałam mordercza mrówczą pracą. Nie gniewam się więc na Niego, daję buziaka, ale…zamawiam co chcę i pałaszuję z największą rozkoszą. A ponieważ na takie “święta” pozwalam sobie bardzo rzadko, nie przybywa mi tu i ówdzie.

I co robię z tym fantem ja NIEidealna? Od czasu do czasu staję przed lustrem i robię sobie mały wykład. Zakochuję się w sobie, tak od nowa. Upiększam też swój świat fizyczny: dobrze się ubieram, śpię na wygodnej poduszce i piję herbatę z filiżanki, mała rzecz a cieszy! Kupuję też ładną bieliznę, ale jeśli trzeba, to w większym rozmiarze. Kieruję się naczelną zasadą, to ona ma pasować na mnie, do mnie a nie ja do niej! Na szczęście coraz większym strumieniem nasz kraj zalewa moda na szykowne stroje dla kobiet, które nie są ożywionymi manekinami. Kupuję więc te wymyślne staniki i majtki i się nimi cieszę.

Eksperymentuję i nie wierzę na ślepo. Już żadna stylistka mnie nie przekona, że cały dzień w pończochach czyni mnie seksowną i radosną. Może inne panie tak, ale ja akurat mam inne odczucia. odrzuciłam po tym jak w centrum miasta w godzinach porannego szczytu kiedyś jedna mi się zrolowała i pięknie…zjechała z uda aż do samej kostki. Stringi są modne, ale nie noszę ich co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, źle wpływają na higienę podczas noszenia przez kilka godzin. Po drugie zaś, moja płaska pupa kiepsko w nich wygląda.  Seksowną bieliznę, obciskające body, drapiące koronki zostawiam sobie na wieczór. W ciągu dnia preferują styl mniej sexy a’la tygodniki ilustrowane z górnej półki a bardziej zdrowy i wygodny. W końcu, sexappeal to to “coś” i bielizna (jej nie widać pod standardowym strojem do pracy) nie gra w nim głównej roli.

Jestem zadowolona z siebie, a przeglądając się w Jego oczach widzę sexy kobietę, która uwodzi śmiechem, intelektem i gibkością. Kobietę, która widzi mankamenty, ale potrafi sprowadzić je do właściwego wymiaru a kiedy trzeba, to zupełnie o nich zapomina i po prostu daje sobie prawo do szczęścia!
Życzę więc na Walentynki takiej miłości do siebie. Miłości, która mobilizuje do stawiania sobie mądrych wymagań, ale i takiej, która pozwala puścić oczko do rygorów i dać sobie “wolne”. Najlepiej, by tę miłość do naszej osoby podzielała jeszcze jakaś inna – ta najbliższa i najukochańsza.


5

Obiad zwykle robię jednodaniowy. Wiadomo, oszczędność czasu. Często jem go na mieście, więc tym bardziej do pudełeczka zabieranego z domu pakuję formę drugiego dania. Zupę trudniej transportować apotem jeść, bo termos zwykle jest ciężki lub nieporęczny i a nijak go włożyć do mikrofali.
Czasem jednak ogarnia mnie przemożna ochota na zupę. Tu zwykle też rodzi się problem natury logistycznej lub, jeśli ktoś woli, egoistycznej. Gotowanie gara zupy dla zabieganej singielki to kiepski pomysł, bo już przygotowywanie jest czasochłonne, a co gorsza potem jej jedzenie trwa w nieskończoność. Po kilku próbach takiego gotowania i jedzenia przez 3-4 dni tego samego serdecznie znienawidziłam te moje dotychczas ulubione.
Natomiast zupełnym przypadkiem odkryłam “Zupy Babi Zosi”. Jak zapewnia producent, są one w 100% naturalne. Asortyment jest dość szeroki, oparty o tradycyjne zupy takie jak: pomidorowa, z soczewicą, krupnik czy pieczarkowa. Przygotowuje się je na maśle, oleju lub porcji rosołowej w litrze wody. Całe gotowanie trwa ok. 15-20 minut, czyli dokładnie tyle, ile mogę poświęcić na romans z kuchnią. W opakowaniach są suszone warzywa (1 torebka) oraz takie dodatki jak ryż, kasza i kluski. Mocno wyczuwalne są naturalne przyprawy (2 torebka).

W taki dzień jak dziś, kiedy za oknem pogoda iście wiosenna nie trzeba się specjalnie rozgrzewać, więc rosół czy zupa z soczewicy mogą poczekać na kolejną falę mrozów, którą zapowiadają meteorolodzy. Dziś pora na coś świeżego i lekkiego.
Toteż właśnie zaszalałam i zafundowałam sobie ucztę. Obiad dwudaniowy. Na pierwsze danie był smażony w ziołach filet z tilapii, 50g ryżu parabolicznego i surówka z białej i czerwonej kapusty. Na drugie zaś barszcz ukraiński z serii “Zupy Babci Zosi”. Dodałam do niego niewielką ilość śmietany 12%. Ugotowałam jajko (na targu mówią, że ekologiczne, bo od kury wolnobiegajacej; jedyne co pewne to to, że droższe) a na wierzch wrzuciłam garść świeżej natki pietruszki. Och, niebo w gębie – lekko kwaśna i słodkawa zupka. Reszta dania wylądowała w lodówce. Może jutro zjem ją sama a może kogoś poczęstuję.

A na deser suszone śliwki. Takie prawdziwe, “mokre”, czyli z miąższem i aromatem słodkiego owocu a nie wydmuszki z supermarketu. Zjadłam zaledwie kilka sztuk, bo większa ilość powoduje silny efekt przeczyszczający!


2

Ciepłe i aromatyczne napoje to podstawa kuchni na zimowe dni i relaksu na długie zimowe wieczory. Zimą trzeba się rozgrzewać i dobrze robić to w przyjemny sposób.

Mój ulubiony sposób słodkiego rozpieszczania podniebienia to kakaowy, czyli oparty na ziarnach kakaowca bogatego w magnez. Wprost przepadam za kakao. Przygotowuję je na mleku 0,5%. Za to nie szczędzę mu dodatków. Uwielbiam wzbogacić jego smak szczyptą cukru – waniliowego, cynamonowego czy mojego ulubionego, migdałowego. Nie ma nic przyjemniejszego niż chwila relaksu, najlepiej z dobrą książką, i kakaowy aromat wymieszany z zapachem jakiegoś dodatku muskającego nozdrza. Żyć, nie umierać i che sie zakrzyknąć “Chwilo, trwaj!”. Czasem skuszę się na mleczną czekoladę z saszetki, ale to od tzw. wielkiego dzownu. Nie przystrajam – tak jak to w zwyczaju mają kawiarnie – moich napojów pierzynką bitej śmietany czy innymi pustymi kaloriami.
Pamiętajcie tylko, że mleko to cukier i niewskazane jest jego picie tuż przed snem, bo działa pobudzająco!

Drugim ulubionym sposobem na rozgrzanie i relaks jest bezalkoholowy grzaniec. Są oczywiście amatorzy tradycyjnych grzańców alkoholowych, gotowanych w zaciszu domowej kuchni przy użyciu przypraw korzennych i np. świeżego imbiru. Jednak ja wolę unikać zbędnych kalorii alkoholowych i masy krzątaniny w kuchni. Stawiam na tempo i prostotę. Uwielbiam grzaniec oparty na miodzie i kwiecie lipy. Fantastycznie rozgrzewa, więc po każdym spacerze albo oczekiwaniu na spóźniony tramwaj czy autobus aplikuję sobie taki rozgrzewający napar. Napar z kwiatów lipy to tradycyjny środek napotny, przeciwgorączkowy i łagodzący kaszel przy przeziębieniach. A drugi składnik to herbata Rooibos – bogactwo minerałów i przeciwutleniaczy, nie zawiera kofeiny, wiec może być spożywana o każdej porze dnia i przez wsytzkich. Co równie ważne, herbatki z suszem są zapakowane dodatkowo w specjalną folię wewnetrzną, która chroni je przed utratą tego znakomitego aromatu. Gotowy napar smakuje pysznie, ale najciekawszy we wszystkim jest  długotrwały aromat. Jeden kubek z naparem wytarcza by w całym mieszkaniu zaczął unosić się, i pozostał na długie minuty, delikatny miodowo-lipowy rozgrzewająco a jednocześnie kojąco działający na zmysły aromat.

Zachęcam, by nie słodzić herbaty. Cukier jest w mleku, owocach, pieczywie i słodyczach. Ograniczajmy go choćby w tej herbacie, której kilka filiżanek dziennie wypijamy. Jestem również zdecydowaną przeciwniczką używania cytryny do herbaty. Badania naukowe udowodniły, że taki miks prowadzi do degeneracji neuronów i w efekcie do rozwoju choroby Alzheimera. Dzieje się tak, gdyż glin (Al) zawarty w naparze czystej herbaty nie reaguje z komórkami naszego ciała. Natomiast ten sam glin wchodzi w interakcje z kwasem zawartym w cytrynie, uaktywnia glin, który przenika do organizmu i odkłada się w mózgu.


0

Niedawno byłam pochłonięta lekturą powieści “Łabędź i złodzieje”. Część jej akcji toczy się w XIX wieku. Panie noszą wielkie suknie, czepki, pelerynki i szale. Zafascynowała mnie ta moda ówczesnych dam i postanowiłam uszczknąć z niej i zaadaptować coś dla siebie. Jedyne, co w mojej szafie nadaje się w te zimowe dni do takich epokowych misz maszów jest nakrycie głowy. Przywdziałam więc komin upodabniający mnie nieco do wiekowego nakrycia głowy i ruszyłam na spacer po parku. Szybko, aby zdążyć przed przewidywanym ociepleniem.

Puszczam obłoczki pary jak Withney Huston w Sopocie…

Z tym kominem na głowie wyglądam i czuję się (prawie) jak dama z XIX wieku.

Aj, moje uszy!

Po pewnym czasie zrobiło się dość chłodno. Zaczęłam się zastanawiać, czy odzyskam czucie w palcach.

Jestem taaaaaaaaaaaaaaaaaaaka zadowolona z zimowego spaceru.


0

“Chwała Bogu na wysokości a pokój niech będzie na…Ursynowie” – takie oto poezje niedawno były moją codzienna lekturą. To oczywiście treść ogłoszenia z portalu oferującego wynajem mieszkań. W grudniu jak opętana poszukiwałam nowego źródła dochodów oraz nowego mieszkania. Akurat mój okres wytężonych poszukiwań oraz samej przeprowadzki przypadł na największe mrozy, więc w pełni korzystałam z uroków kilkugodzinnych seansów krioterapii :)
Znów miałam do czynienia z masą ogłoszeń, które trudno było rozszyfrować a kiedy wreszcie wiedziałam o co chodzi, to już tylko pokładałam się ze śmiechu. Wyimki z takowych: “w przedpokoju są szafy wnętrznościowe“, “mieszkanie jest przestrzenne”, “pokój przejściowy”. Szczytem wpadek i pomyłek było odwiedzenie – zdawałoby się nieszczególnego – pokoiku zawierającego w swoim wnętrzu…kabinę prysznicową i to dla wszystkich lokatorów. Ogłoszeniodawca oczywiście nie wspomniał o tym drobnym “dodatku” w ogłoszeniu, więc trzeba było na własne oczy ujrzeć ową niespodziankę.

Koniec końców znalazłam odpowiadające mi lokum. Nastąpił kluczowy etap przeprowadzki. Najpierw po raz kolejny przekonałam się o gigantycznych rozmiarach mojego dobytku. Wydawało się, że jego pakowanie i upychanie w samochodzie nigdy się nie skończy. W całym przedsięwzięciu transportu dzielnie pomagał mi mój partner. Oczywiście nie darował sobie komentarzy na temat zbędności minimum połowy mojego dobytku:) Po kilkunastu kursach (także w korkach) pomiędzy dwoma mieszkaniami i wtaszczeniu prawie całego dobytku obydwoje padaliśmy ze zmęczenia. Mój nowy pokój, do którego wrzuciliśmy wszystko na chybił trafił, przypominał pchli targ przez który przeszło tornado. Czekało mnie kilka dni rozpakowywania i układania. Bezpośrednio po transporcie byłam tak spracowana, rozgrzana i oczywiście podekscytowana, że przez 4 kolejne dni nie miałam apetytu na obiad. I mimo, że za oknem były mocno minusowe tempareatury, to ja namiętnie wietrzyłam pokój przechadzając się w koszulce na ramiączka i lamentując, że jest mi za gorąco:)
Mój nowy pałac wymagał odświeżenia a także przestawienia mebli, uporządkowania i ponownego rozpakowania mojego dobytku. Trwało to blisko dwa tygodnie. Nadeszło Boże Narodzenie a ja jeszcze nie byłam pewna czy wszystko jest już na właściwym miejscu!
I już wszystko byłoby cacy, gdyby nie ten okropny kwaśno-mdły fetorek. Pozostał po poprzednich palących jak smoki lokatorach, którzy najwyraźniej nie lubili po nim wietrzyć. Toteż wciąż dokonuję procedury codziennego długiego wietrzenia, palenia świeczek zapachowych itp. zabiegów. Odnoszę w tym pewne, aczkolwiek bardzo powolne, sukcesy.