Wprawdzie dzień św. Walentego od dawna nie jest czczony w Kościele Katolickim w szczególny sposób, ale w naszym konsumpcjonistycznym społeczeństwie jak najbardziej. 14 lutego wszyscy rozglądają się ze słodkimi misiami, czerwonymi różami i przesłodzonymi laurkami. Cukiernie, kawiarnie, restauracje, sklepy z bielizną oraz gadżetami dla obydwu płci mają pełne kasy.
A co z Walentynek mają i mogą mieć ci NIEidealni, którzy nie wyszli właśnie z kart modnych magazynów, tu i tam im wystaje, centymetr nie wskazuje upragnionych 90-60-90 a wskazówka wagi przekracza magiczne 55 a może 75kg?
Jak uczcić ten dzień? Romantyczna kolacja? Oj, lepiej nie, bo tak późny posiłek jest wbrew regułom odchudzania. Ona jeśli zje, to sałatkę, on woli coś konkretniejszego. Deser? Wino to puste kalorie. Ciastko, jeszcze gorzej. Czekoladki? Tak, dajesz mi je, bo chcesz mnie utuczyć, żebym nie mogła zmieścić się w żadne normalne spodnie. Kilka takich “złotych myśli” i czar pryska. Nici z romantyzmu i bliskości. Panowie tego dnia, okazja jak się patrzy, jeszcze bliżej poznają swojego największego niewidzialnego wroga – cellulit. Poznają oczywiście w wersji słuchowej, bo o jego zobaczeniu raczej nie ma co mówić. Panie nie pokazują a panowie nawet jak widzą, to nie do końca wiedzą, co właściwie mają widzieć:) Efekt? I jedno i drugie niezadowolone. On się frustruje, bo chciał spędzić wieczór z ukochaną kobietą – dowcipną, energiczną, przyjacielską. Zamiast tego ma zołzę/czarownicę/złośnicę, która zamyka się w łazience i ryczy, że piersi opadają, cellulit atakuje, kremy nie działają na rozstępy. Pyta go, co on w niej widzi, że jeszcze z nią jest. A jemu włosy stają dęba i w ostatniej chwili gryzie się w język, żeby nie powiedzieć, że widzi…użalającą się nad sobą…wariatkę.
Tak, drogie panie, zadowolenie z siebie jest nierówno rozłożone. Mężczyźni nie mają cellulitu, problemów z piersiami, udami i pupami nie miewają rozstępy też rzadziej ich nawiedzają. A brzuch? Potrafią obśmiać ten temat, nawet kiedy problem jest widoczny na kilometr.
Także wygląd i autoocena mojego ciała to temat rzeka. Nie ukrywam, że wiele przeszło, w końcu najpierw gwałtowne tycie a potem ogromny spadek masy. Kiedy osiągnęłam dobrą wagę chciałam naprawić ciało. Wydawało się to proste – reklamy obiecują redukcję rozstępów, wygładzenie cellulitu, itp. “cuda”. Jeszcze w ubiegłym roku poddawałam się seriom zabiegów – mikrodermabrazji, peelingi, sauna, ampułki. W domu robiłam masaże, wcierałam kremy i sporo pływałam. Efekt nie spełnił moich oczekiwań. Rzeczywistość okazała się bolesna. Ciało wygląda jak wygląda. Patrzę jednak na to tak. Żołnierz idzie na wojnę, wraca z bliznami. To dowód jego męstwa. Ja też poszłam na wojnę, z własnym organizmem. Wygrałam ją, ale padłam w kilku bitwach, np. tej o wspaniałe jędrne ciało. Jeśli jednak miałabym wybierać, to bez wahania sięgnę po obecną wagę i ciało, które teraz mam a nie po jędrne ciało i wagę, która kazała bać się przyszłości.
Koleżanki to koleżanki, zawsze podnoszą na duchu. Ale faceci? To spędzało mi sen z powiek. W końcu pojawił się On! Wszystko super, tylko co zrobi jak z bliska zobaczy moje ciało i jego mankamenty? Na początku związku dręczyły domysły – jak on mnie widzi?, co widzi? W końcu mam oczy i widzę, że nieco odstaję od rówieśniczek. Wszystko musiało być na tip top. Maskowałam wszystkie słabe punkty, co nie było trudne jesienią i zimą. Przeżywałam jednak katusze choćby w okresie wiosny, kiedy człowiek się dosłownie odkrywa, np. zdejmuje rajstopy i zaczyna chodzić w japonkach.
Tak więc problem wyglądu zintensyfikował się, gdy intensyfikowała się relacja z chłopakiem. Nie mówiliśmy o tym wprost. Dostałam od niego tyle miłości, akceptacji i czułości, że nie pytałam o szczegóły, nie wprost. Niedawno w czasie szczerej rozmowy usłyszałam, że “przecież mam oczy i wiem jakie masz ciało”, i jeszcze “w zakochaniu chodzi o całość, bo ciało to tylko element, ważny, ale tylko element. Pamiętaj, jeśli miałabyś ciało jak ta poprawiona Photoshop’em modelka z gazeta i gadała bzdury, to w życiu bym cię nie podrywał i się z tobą nie związał, wiąże się z osobą, nie z wyglądem, lalki szczególnie”. Słowa padły spontanicznie z usta faceta. Normalnego, bez wad wzroku:), młodego, atrakcyjnego i inteligentnego. Słowa te wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Przez 2 lata związku miałam naiwnie i życzeniowo wrażenie, że ich nie miał, że jakoś inaczej mnie widzi. A tu proszę, niespodzianka. Jak już otrząsnęłam się z faktu, że miłość nie odbiera rozumu i nie zakłada idealizujących okularów, to doszłam do interesującego wniosku.
Czasem trzeba przeżyć takie drastyczne “pedagogiczne” spotkanie z rzeczywistością. Nie narzekam jednak; te słowa były czyste intencjonalnie i płynęły z serca.Były potrzebne – i jemu i mnie.
Związek to przedziwna konstrukcja. Z jednej strony chcemy być niedostępni, zawsze atrakcyjni, uwodzicielscy i sexy, więc budujemy fasady i kryjemy się za ułudami. Z drugiej lubimy szczerość i przyjacielskość, więc otwieramy się na całego. Starałam się “nie nudzić” i nie nie wdrażać swojego chłopaka w arkana moich nawyków żywieniowych, ale krok po kroku sam odkrył co i jak. Koniec końców, obróciło się to przeciw mnie:) Podczas wizyt w restauracji gromi mnie wzrokiem, gdy zamawiam coś z białej mąki, z sosem czy z mięsa wołowego. Dostaje palpitacji serca, gdy mówię o deserze, szczególnie o coli. Wiem jednak, że wynika to z troski. Mówi, bo się martwi, chce mi pomóc utrzymać efekt, który uzyskałam mordercza mrówczą pracą. Nie gniewam się więc na Niego, daję buziaka, ale…zamawiam co chcę i pałaszuję z największą rozkoszą. A ponieważ na takie “święta” pozwalam sobie bardzo rzadko, nie przybywa mi tu i ówdzie.
I co robię z tym fantem ja NIEidealna? Od czasu do czasu staję przed lustrem i robię sobie mały wykład. Zakochuję się w sobie, tak od nowa. Upiększam też swój świat fizyczny: dobrze się ubieram, śpię na wygodnej poduszce i piję herbatę z filiżanki, mała rzecz a cieszy! Kupuję też ładną bieliznę, ale jeśli trzeba, to w większym rozmiarze. Kieruję się naczelną zasadą, to ona ma pasować na mnie, do mnie a nie ja do niej! Na szczęście coraz większym strumieniem nasz kraj zalewa moda na szykowne stroje dla kobiet, które nie są ożywionymi manekinami. Kupuję więc te wymyślne staniki i majtki i się nimi cieszę.
Eksperymentuję i nie wierzę na ślepo. Już żadna stylistka mnie nie przekona, że cały dzień w pończochach czyni mnie seksowną i radosną. Może inne panie tak, ale ja akurat mam inne odczucia. odrzuciłam po tym jak w centrum miasta w godzinach porannego szczytu kiedyś jedna mi się zrolowała i pięknie…zjechała z uda aż do samej kostki. Stringi są modne, ale nie noszę ich co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, źle wpływają na higienę podczas noszenia przez kilka godzin. Po drugie zaś, moja płaska pupa kiepsko w nich wygląda. Seksowną bieliznę, obciskające body, drapiące koronki zostawiam sobie na wieczór. W ciągu dnia preferują styl mniej sexy a’la tygodniki ilustrowane z górnej półki a bardziej zdrowy i wygodny. W końcu, sexappeal to to “coś” i bielizna (jej nie widać pod standardowym strojem do pracy) nie gra w nim głównej roli.
Jestem zadowolona z siebie, a przeglądając się w Jego oczach widzę sexy kobietę, która uwodzi śmiechem, intelektem i gibkością. Kobietę, która widzi mankamenty, ale potrafi sprowadzić je do właściwego wymiaru a kiedy trzeba, to zupełnie o nich zapomina i po prostu daje sobie prawo do szczęścia!
Życzę więc na Walentynki takiej miłości do siebie. Miłości, która mobilizuje do stawiania sobie mądrych wymagań, ale i takiej, która pozwala puścić oczko do rygorów i dać sobie “wolne”. Najlepiej, by tę miłość do naszej osoby podzielała jeszcze jakaś inna – ta najbliższa i najukochańsza.