Moja mama była bibliotekarką (instruktorką bibliotekoznawstwa mówiąc ściśle). Większość jej znajomych to ludzie związani z bibliotekarstwem. Siłą rzeczy od dzieciństwa wchłaniałam zapach bibliotek i fascynowałam się niezwykłą ciszą i powagą wypełniającą sale biblioteczne. Te miejsca kojarzyły mi się…z kościołem, z jego nabożnością i czcią. W obydwu z nich nie ma (a przynajmniej nie powinno być) hałaśliwych rozmów a jedynie ciche półszepty, w obydwu panuje jakiś przedziwny spokój.
W domu wszystkie półki uginają się od naporu albumów, beletrystyki i poradników. Na przestrzeni lat także ja zgromadziłam niemałą biblioteczkę własnych książek. Niemniej jednak największa radość ogarnia mnie, kiedy mogę wybrać się do biblioteki. Jeśli jest to czytelnia, to zachwycam się ciszą, ładem i spokojem. Tak, niestety zdarza mi się tam zapomnieć “o bożym świecie” i zamiast na pracy odpłynąć w marzenia. Lubię także wypożyczać książki. Już sama rozmowa z bibliotekarką i buszowanie po półkach to niezła przygoda. A potem objuczona jak wielbłąd taszczę upolowane egzemplarze, szukam dla nich miejsca na moim małym biurku i staram się je pochłaniać w miarę regularnie. Jestem dość niecierpliwa, więc bezczynne leżenie czy siedzenie z książką dłużej niż 40 minut nie wchodzi w grę. Lubię się wiercić, wstawać po herbatę albo marchewkę.
Ostatnio zafascynował mnie “Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego. Moim zdaniem fenomenalna powieść, której siłą jest zaskakująca konstrukcja oraz przyjemnie snuta fabuła. Znalazłam w niej fantastyczne spostrzeżenie, na poziomie ogólnikowym, ale bardzo trafne: Książka to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi.
Myślę sobie, oby w naszym zasięgu było jak najwięcej tych pozytywnych światów – z happy endem, romantyczną miłością, wierną przyjaźnią, itd. Dzięki takim lekturom łatwiej znosić ten świat, na którym się jest.

Zostaw komentarz