0

Niedawno oglądałam program o sektorze fitness. Okazuje się, że pod względem kontaktów ze zorganizowanym fitness’em nasz kraj ma się słabiutko. Otóż, wg danych zaprezentowanych przez CNBC Biznes (TVN) zaledwie 7% Polaków korzysta z usług fitness club’ów, siłowni, itp. Tymczasem w innych europejskich krajach współczynnik ten wynosi aż 30%.

Szczególnie obiecująco brzmi to wszystko dla przedstawicieli branży fitness. Zapewne w najbliższych latach odnotujemy znaczny wzrost nakładów na reklamę jej działalności oraz wszystko, co z nią bezpośrednio i pośrednio związane.  Przed nami oczywiście jeszcze daleka droga do stanu, kiedy to na masową skalę po pracy (przed albo w trakcie) będziemy sięgać po sportową torbę i maszerować – wg grafiku – na basen, siłownię czy inną salę ćwiczeń.

Co ja na to? Oczywiście zgadzam się ze stwierdzeniem, że ruch to zdrowie – fizyczne i psychiczne. Popieram namawianie Polaków do dbania o siebie. Myślę jednak, że zachęcanie ludzi do wyrabiania w sobie nawyku regularnego pędzenia na wielkie sale, pełne ludzi, w tym (często) sfrustrowanych pracoholików, to trochę za dużo. Oczywiście są takie rodzaje aktywności, które przynajmniej w okresie jesienno-zimowym wymagają skupienia się w budynku (np. aerobic, taniec czy gry zespołowe). Nie przeczę, że są tacy, którzy preferują zorganizowaną i zrutynizowaną aktywność fizyczną w pomieszczeniu (wszystko jedno czy klimatyzowanym czy nie) nad tę spontaniczną na świeżym powietrzu.
Chciałabym jednak uchronić ludzi od ulegania, tak rozdętemu na Zachodzie, kultowi ciała. Denerwuje mnie także, że wielkie koncerny wmawiają – pełnym przecież zbożnych intencji oraz dobrych chęci – amatorom, że bez wspaniałych butów, ciuchów, napojów, odżywek i innych gadżetów firm X czy Y ich wysiłek fizyczny jest, jeśli nie bez sensu, to przynajmniej mniej trendy. Chciałabym, żeby każdy wybierał taki rodzaj aktywności, jaki rzeczywiście odpowiada jego upodobaniom. Może ktoś ma serdecznie dość poleceń, klimatyzacji i oddechu ludzi na plecach, ale idzie ćwiczyć do klubu X, bo chodzi tam pół wydziału albo macierzysta firma ma tam kolosalne zniżki?

Mówię to wszystko, gdyż mam dość długie doświadczenie aktywności w miejscach amatorskiego zmasowanego uprawiania sportu (siłownia i aerobic). Lubię tam być, ale od czasu do czasu. Szczytem mojego uspołeczniania jest wizyta, w porze popołudniowej lub w weekend, na basenie. Tam jednak (prócz tłoku na torach) nie ma możliwości aż tak intensywnego podglądania współmęczenników:) Piszę to z przekąsem, ale niech mi ktoś z ręką na sercu powie, że w wielkiej sali pełnej ćwiczących nie ma nikogo, kto nie zwraca uwagi na dokonania innych. Wiadomo, porównywanie działa na nas motywująco. A jeśli nie chcemy się motywować i dołować, a jeśli jedyne o czym marzymy, to leżenie do góry brzuchem?

Prócz wspomnianego basenu najbardziej lubię spacery i jazdę na rowerze. To właśnie wtedy decyduję co i kiedy robię. To ja określam tempo i porównuję się sama ze sobą. To wtedy ruch sprawia mi największą przyjemność. Poza tym, zarówno spacer jak i rower to aktywność bezpłatna, więc ogólnodostępna. Co równie istotne, możliwa do uprawiania na świeżym powietrzu. Ostatnim argumentem mającym przekonać do rekreacji na świeżym powietrzu jest to, iż jest ona możliwa do realizacji przez większe grupy, w tym rodziny. Wszakże przyjemniej spala się obiad (z deserem) podczas spaceru, zatrzymywania się to tu, to tam czy prostych zabaw typu berek, niż podczas samotnej, ustalonej od-do, katorgi w klubie czy na siłowni.


Zostaw komentarz