…chyba zapowiada się wizerunkowa rewolucja dziesięciolecia. Od lat (prócz krótkich przerw z fryzurą “na pieczarkę”) noszę długie włosy. W dzieciństwie mama wiązała mi na czubku głowy wielkie kokardy, które dorośli – ku mojej złości a ich uciesze – chętnie tarmosili. Kiedyś moja fryzura była naprawdę zachwycająca. Błyszczące, falowane włosy do pasa. Istna burza, gruba peleryna albo wodospad w kolorze brązowo-złoto-czekoladowym. Całkiem jak u XIX-wiecznej panienki z pensji. Eteryczne i romantyczne. Niepraktyczne, ale piękne. By zapobiec ich zniszczeniu oraz by nie przeszkadzały w codziennych sytuacjach zaczęłam wiązać je w kucyk albo układać w niski kok. Przyzwyczaiłam się do ich drapania pod szalikami, czapkami i zimowy kurtkami, do oplatania mojej twarzy przy silniejszych podmuchach wiatru czy do długiego suszenia po wizycie na basenie. Jak również do licznych komplementów.
Jednak w czasie odchudzania moja ozdoba nieco straciła na uroku. Czupryna uległa przerzedzeniu. Oczywiście dbam o nią z całych sił. Chodzę spać z mokrymi włosami, używam maseczek (np. z jajka, cytryny i nafty) a przede wszystkim zdrowo się odżywiam. Nigdy nie katuję ich suszarką, lokówką czy prostownicą. Jak dotychczas oszczędziłam im także zabiegów farbowania.
Teraz jednak kiełkuje we mnie myśl o radykalnej zmianie fryzury, zarówno pod względem kształtu jak i koloru. Psychologowie twierdzą, że taka metamorfoza to dany otoczeniu widoczny sygnał o naszej wewnętrznej zmianie, ważnym kroku w wybranym kierunku. Nie wiem, czy nowym wizerunkiem chciałabym zaznaczyć jakąś nagłą zmianę we mnie. Po prostu czuję, że po tylu latach fryzurowej stagnacji mogłam się znudzić lustrzanemu odbiciu. A owe cięcie czy kolor “uaktualni” mój obraz w cudzych oczach. A może to tylko kobieca próżność lub kokieteria? A wreszcie, może to zwyczajna potrzeba dbania o siebie i podobania się znów doszła do głosu?
Jedno jest pewne. Czuję, że nadchodzi zmiana. Na początek chciałabym zrobić eksperyment z kolorem włosów. Raczej zdecyduję się na koloryzację henną niż trwałą farbę. Po głowie chodzi mi kolor w odcieniu śliwkowym, choć życzliwe mi dusze doradzają raczej mahoń lub czekoladę. Nie za odważny, nie za ciemny lub za jasny ten śliwkowy? Mam nadzieję, że lustro nie przywita mnie wściekłym bakłażanem!
Zaś do do wyboru długości, to mam jeszcze sporo wątpliwości. Czy “nie cackać się”, obciąć włosy na krótko (oznacza to skrócenie ich o ok. 35cm) i od razu zerwać z dotychczasowym wizerunkiem, czy może bardziej zachowawczo skracać je co 2-3 tygodnie, powiedzmy po 5 cm za każdym razem, by tym sposobem w odpowiednim momencie powiedzieć “pas”. Wiem, że nawet gdyby fryzura okazała się mało twarzowa i nie do polubienia, to włosy kiedyś odrosną, więc tragedia nie będzie trwała w nieskończoność. Niemniej jednak każdy, kto kiedykolwiek żegnał się z długością tak cierpliwie zapuszczaną przez lata i związanymi z tym możliwościami układania fryzur, zapewne rozumie moje dylematy.
Jak już się z nimi uporam i przestanę dzielić włos na czworo, to podejmę stanowczą decyzję, uwzględniającą moje odwieczne “chcę zmiany, ale jednocześnie, żeby to nie była za duża zmiana, mam wyglądać atrakcyjnie, ale nie krzykliwie…”. A wtedy, niewątpliwie z duszą na ramieniu, zasiądę na fotelu i dzięki talentowi fryzjera wyczaruję nowy styl na głowie. Jeśli efekt finalny nie będzie nadawał się jedynie do archiwum X, to zamieszczę zdjęcie i poddam się Waszej ocenie.


17 September, 7:53 am
sama jeszcze 7 lat temu byłam posiadaczką długich, grubych, lśniących włosów. Wszyscy się nimi zachwycali. Na 30 urodziny obciełam do ramion i zrobiłam balejaż. Wszyscy byli w szoku. Potem ufarbowałam na mój naturalny kolor. Teraz niestety muszę raz na 3 miesiące farbować. Włosy się przerzedziły i rano są jak puch. Po obcięciu okazało się, że mam kręcone włosy. Dobrze się zastanów nad swoją metamorfozą, by efekt był taki, jakiego pragniesz.