0

Odkąd moje tempo chudnięcia znacznie spadło zaglądam na wagę nie częściej niż co kilka miesięcy. Ostatni raz uczyniłam to wczesną wiosną. Wtedy też nabyłam kilka ciut przyciasnych ubrań z rodzaju “biznes”, które miały być noszone w czerwcu oraz jesienią. Latem przyzwyczaiłam się do noszenia luźnych i zwiewnych szmatek, które więcej odkrywały, niż przykrywały. Ponadto nie odmawiałam sobie różnych (zdrowych i nieco mniej dozwolonych) smakołyków. Obawiałam się nawet, że być może lekko utyłam.
Toteż z początkiem września lekkomyślnie nie zajrzałam do garderoby wierząc, że wciąż noszę ten sam przedział rozmiarów, czyli 10-12.

No i doigrałam się dziś rano, kiedy okazało się, że po raz kolejny “nie mam się w co ubrać, bo nic na mnie nie pasuje”. Jutro czeka mnie bardzo ważne spotkanie, sięgam więc do szafy po żelazny zestaw tych zakupionych wiosną biznesowych wdzianek “tak dopasowanych, że już nie będą za duże, przynajmniej rok” z nadzieją na szybkie skomponowanie ciekawego zestawu. A co mnie spotyka? Stresująca niespodzianka. Prawie wszystkie – kupione przed wakacjami, czyli jakby wczoraj – marynarki, koszule, spódnice i spodnie już są na mnie za luźne :(

Ogólnie rzecz biorąc to wspaniała nowina, bo ostatecznie przechodzę z rozmiaru 10 na 8. Tylko bardzo stresujące jest to, że dowiaduję się o tym dopiero w przeddzień “wielkiego wyjścia”?

Tu pochwalę się moją, często nieco wyśmiewaną, zapobiegliwością i związaną z nią lekką obsesją planowania wielu scenariuszy zdarzeń. Zawsze staram się  przygotować wszystko, co wydaje mi się potrzebne nie w dniu zero, ale wcześniej.
I to mnie uratowało. Buszowałam w szafie dobrą godzinę, nim udało mi się skomponować zestaw, w którym nie wyglądam jakbym podwędziła ciuchy z kogoś znacznie tęższego, ufff. Zapewne jutro, po przymierzeniu 2-3 za dużych ubrań, wpadłabym w taką rozpacz, że nie byłabym w stanie spiąć się i maksymalnie szybko przymierzyć wszystkiego tak, by ostatecznie ustalić co mi najbardziej pasuje, bo zmalało najmniej.

A już myślałam, że etap kupowania na zapas o wiele za małych ubrań jest definitywnie za mną. Stosowana kiedyś metoda i tak nie była perfekcyjna, bo kupienie czegoś na początku marca oznaczało pożegnanie się w tym z końcem kwietnia, najdalej maja. I nawet interwencja krawcowej nie była w stanie dopasować wyglądu tych ubrań do mojej coraz szczuplejszej sylwetki. A było mi żal tych wdzianek, bo niektóre były naprawdę perełkami. Szczytem moich odkryć powodowanych żalem za ciekawymi ubraniami i próbą przedłużenia okresu ich użytkowania było pranie w temperaturze 60 stopni wełnianych żakietów.
Cieszę się natomiast, że moje stopy przestały “maleć” już ponad rok temu. Tak, tak, to nie jest pomyłka. Mało kto o tym wie, nim zeszczupleje, ale chudną nie tylko piersi czy uda lecz także – takie niepozorne i wydawać by się mogło zawsze takie same – stopy! Oczywiście ja tego nie wiedziałam zawczasu i przeżyłam szok, kiedy wiosną założyłam kilka par prawie nowych mokasynów i eleganckich czółenek, a wszystkie okazały się być czółnami, hihi. Toteż w przeciągu kilku miesięcy byłam zmuszona zainwestować w komplet butów na wszystkie pory roku i okazje.


Zostaw komentarz