0

Przyjaźń z drugim człowiekiem to skarb. Szczególnie taka przyjaźń, które trwa lata i nie poddaje się  różnicom geograficznym, matrymonialnym czy finansowym. Nie musi, wbrew pozorom, opierać się na częstych spotkaniach, mailach czy telefonach ani na opowiadaniu sobie o wszystkim. Jej zasadą jest wiara w to, że posiadamy pewność, iż w gronie naszych znajomych czy bliskich jest taka osoba, do której zawsze możemy się odezwać i bez ogródek powiedzieć o problemach czy poprosić o pomoc.

Czytałam kiedyś zdanie, które bardzo mnie ujęło “My nie tyle oczekujemy pomocy przyjaciół, ile wiary, że taką pomoc możemy otrzymać”. Czasem rzeczywiście wystarczy intensywne myślenie o danej osobie, przywoływanie jej ciepłych słów czy wrażeń ze wspólnie przeżytych chwil, by nieco ukoić swoje skołatane nerwy. Czasem, np. w przypadku różnic geograficznych, jest to jedyna forma przyjacielskiego wsparcia. Niejednokrotnie takie “podładowanie” wewnętrznych akumulatorów optymizmu wystarcza.

Co robić, kiedy jednak jest naprawdę źle i mimo własnych starań sytuacja staje się coraz gorsza? Nie czekać biernie aż samo przejdzie, nie tworzyć kolejnych czarnych scenariuszy i nie zaszywać się w pustce samotności. Warto dać znać otoczeniu, że potrzebujemy wsparcia. Może udzieli go ktoś, kto od lat służy swoim ramieniem, a może zupełnie niespodziewanie ktoś, z kim od lat nie utrzymywaliśmy zbyt zażyłych stosunków.

Mamy tendencję do uciekania z problemami wgłąb siebie. Wg mnie to błąd. Trzeba gadać, gadać i jeszcze raz gadać. I to tylko po to, żeby się wygadać. Kobietom naturalnie przychodzi to łatwiej, ale także mężczyźni czujący troskę i uwagę otwierają się. To, wbrew pozorowi bezproduktywności i tzw. nakręcania się, pomaga w uporządkowaniu i nazwaniu tego, co nam w sercu siedzi. Często w czasie opowiadania zaczynamy postrzegać sytuację w nowych wymiarach, dostrzegamy gdzie leży sedno sprawy i nieco porządkujemy nasze myśli. A jeśli przy tym lejemy rzewne łzy, rwiemy sobie włosy z głowy i w ilościach hurtowych pochłaniamy coś, czego normalnie byśmy nie tknęli (a to słodycze a to śledzie z cebulką), to znaczy, że tego właśnie potrzebuje nasze głębokie “ja”. Jest to pewnego rodzaju terapia szokowa, którą oczywiście pod żadnym pozorem nie wolno usprawiedliwiać nawyku zajadania problemów. Plusy terapii “rób dokładnie tak, jak czujesz”? Takie zaskakujące przejedzenie spowoduje, choćby czasowy, wstręt do danych produktów. A bałagan na głowie może stać się pretekstem do zmiany fryzury. Niby mała rzecz a czasem może bardzo odmienić nasz świat.

Mam swoją teorię, iż każdy powinien mieć dwoje zaufanych przyjaciół – jednego swojej płci i jednego odmiennej. I zależnie od potrzeb próbować spojrzeć na problem z pomocą tej drugiej, a jak trzeba to i trzeciej, pary oczu. To pomaga rozszerzyć nasz horyzont spojrzenia na daną sprawę. Jest to szczególnie pomocne, gdy sami mamy małe doświadczenie w danej materii albo jesteśmy tak zbici z tropu lub zagubieni, że w ogólnie potrafimy zachować jasności umysłu i oceniać na chłodno spotykających nas zdarzeń. A poza tym druga osoba może nam na czas “wybić z głowy” pomysły dyktowane nagłą żądzą zemsty czy przypływem niepohamowanego smutku. Przytuli, otrze łzy i zaparzy morze pysznej herbaty.

Nie jestem zwolenniczką tzw. towarzyskiego magla, w którym grupka zaprzyjaźnionych osób wspólnie analizuje i radzi. Jest to dobre rozwiązanie, ale raczej przy tzw. małych kłopotach a już najlepiej przy rozważaniach nt. hipotetycznych spraw i ich rozwiązań, że tak powiem przygotowywaniu  “na zapas” listy ratunkowej. Do tych najtrudniejszych i najbardziej intymnych spraw lepiej zabierać się w mniejszych podgrupkach, najlepiej tandemach.

Najważniejsze jednak to nie zamykać się, nie oceniać z góry intencji tego, kto przychodzi z ofertą pomocy i nie myśleć, że nasze kłopoty nie są warte cudzej uwagi. A jeśli ktoś tak nam powie, to najlepsza weryfikacja łączącej nas relacji i dowód, że najwyższy czas ją zakończyć.

Może to banał, ale często pocieszam się słowami “Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Zawsze, kiedy wysychają łzy przychodzi czas na spojrzenie wstecz i zadanie sobie pytania o naukę, jaka była mi dana w konkretnym wydarzeniu. Zwykle biorę kartkę i “na gorąco” zapisuję wszystkie myśli, które przychodzą mi do głowy – postanowienia, pochwały za zaniechanie zrobienia głupoty czy słowa uznania za dzielność podniesienia się z czarnej rozpaczy. Nie obiecuję sobie przy tym, że nigdy więcej nie będę słaba, smutna, bezsilna i łkająca. Życie udowadnia, że każdego z nas od czasu do czasu spotykają sprawy, które każą zwolnić tempo, usiąść i rozkleić się. I warto to zrobić, ale mądrze. Z czyjąś pomocą i wyciągniętą na przyszłość nauką a nawet “emocjonalną szczepionką”.

I na koniec zaznaczę, że nikt – paradoksalnie także my jako najsurowsi auto cenzorzy – nie ma prawa oceniać intensywności naszej reakcji na to, co nas spotyka. Każdy ma indywidualny barometr odczuwania szczęścia i smutku. Dobrze, by ktoś towarzyszył i dyskretnie obserwował czy nie wyrządzamy sobie krzywdy, ale nigdy przenigdy nie wolno nam oceniać ex cathedra cudzych emocji.


Zostaw komentarz