Za chwilę zacznie się wysyp diet, ćwiczeń, kosmetyków i suplementów „sylwestrowo-karnawałowych”. Półki w kioskach zaczną się uginać od gazet, które w połowie kuszą przepisami na tradycyjne mięsiwa i ciasta a w połowie zachwalają szybkie i niezawodne sposoby utraty poświątecznych kilogramów. Taki paradoks, a może sprytnych chwyt reklamowy?
Dieta to jednak taki mały koniec świata. Przede wszystkim urwanie głowy i trudny czas dla portfela, nie mówiąc o okresie heroicznego wręcz ćwiczenia się w cnocie cierpliwości naszych bliskich czy współpracowników. Tak naprawdę wszystko wygląda fantastycznie jedynie w kolorowym piśmie – zgrabna modelka na zdjęciu a obok rozpiska z planem posiłków. Wszystkie one pełne witamin, apetyczne i taaaaaaaaaaakie kolorowe, inne od tego, co jadasz na co dzień.
Podejmujesz decyzję o przejściu na dietę. W głowie kreślisz śmiały plan, przywiązujesz się do myśli, że wszystko pójdzie gładko a ewentualne trudności pokonasz z uśmiechem na ustach. Spisujesz listę zakupów i biegniesz do sklepu albo do kilku, bo w diecie jest wiele składników i dodatków, które znasz jedynie z książek podróżniczych. Nic to, cel wart jest poświęcenia – finansowego, fizycznego i psychicznego!
Przychodzi czas realizacji. Początkowo euforia, ale ale… Na obiad potrzebujesz ¼ główki kapusty. Rodzi się pytanie, co począć z resztą? Dziś kolacja to 3 plastry wędliny z indyka. Oczywiście w sklepie nie chcą zważyć tych 3 plasterków, więc bierzesz więcej. No tak, ale nie zjesz ich na śniadanie, bo tam figuruje koktajl owocowy. Jak na złość wszystkie owoce, których używasz do jego przyrządzenia muszą być w proporcjach ½. Co zrobić z niewykorzystanymi dziesięcioma połówkami różnych owoców? Następny taki koktajl wypada dopiero za tydzień, a tyle owoce nie wytrzymają…A to dopiero początek kłopotów i dylematów.
Dieta często daje się we znaki naszym bliskim bardziej niż nam samym. Wciąż mówimy o kaloriach, ćwiczymy jakbyśmy wybierali się na olimpiadę, wcieramy tony cudownych kremów i Bóg wie co jeszcze. A najgorzej na froncie kuchennym. Jedzenie staje się centrum naszego skurczonego świata a często i zarzewiem konfliktów. Kiedy mamy kogoś, kto choćby w przypływie litości, pokornie dojada to, co zostaje z naszej diety, to pół biedy. Gorzej, gdy domownicy nie pałają żądzą jedzenia duszonych na parze krewetek czy sałatek z pomarańczy i selera. A już najgorzej jest, kiedy to, czego nie wykorzystamy ląduje w koszu na śmieci. Bardzo denerwuje mnie takie marnotrawstwo. I to niby w imię słusznej idei dbania o siebie, odchudzania czy poświątecznego oczyszczania ze złogów.
Nie dajcie się oszukiwać reklamom. Diety co roku są te same. Rzadko kto stosuje je dokładnie wg zaleceń. Jeszcze mniejszy odsetek skutecznie trzyma wagę wypracowaną podczas dwóch tygodni dietetycznego szaleństwa. Nie wyrzucajcie pieniędzy w błoto. Nie psujcie dobrej atmosfery domowej oazy.

1 December, 9:53 pm
Jak cudownie to napisałaś!! PRAWDA! Oczywiście, na początku dałam się złapać i chciałam skorzystać z jakiejś diety-cud, na szczęście przeleciałam w myślach zeszłoroczne gazety i… było tam niemal to samo!!
Kiedy jestem w domu sama, myślę, co kupić na obiad i na śniadanie, żeby niczego nie wyrzucać, nic nie marnować… już opanowałam tą sztukę i nie mam z tym problemu.
Buziaki!!