Zima, zima, zima, pada, pada śnieg…i to nie tylko w Alpach:-) Wielu z nas ta atmosferyczna – do kalendarzowej jeszcze dwa tygodnia – pora daje sie we znaki. Fakt, śnieg i mróz przyszły nagle i dokonały dużego zawirowania w naszym świecie. Kiedy mróz ściska narzekamy, że szczyzpie w nosy albo palce. Kiedy z kolei jest nieco wilgotniej, narzekamy na przemoczone buty i przeziębiamy się na potęgę.
Jeśli jest wam źle z powodu minusowych temperatur, korków i zaczerwienionych nosów, to natychmiast pomyślcie o czymś przyjemnym. A może kubek gorącego kakao wprawi was w lepszy nastrój? Przy okazji Mikołajek chcę podzielić się kilkoma moimi refleksjami na temat cudowności zimowego czasu i tajemnicy Mikołajek. Ach, jak ja uwielbiam śnieg i mróz za oknem, a w dłoniach kubek gorącej herbaty, kakao albo cappuccino. To piękne, że pod naszą szerokością geograficzną ciągle mamy zimę, ale taką normalną z czapkami, śnieżkami, lodem i zadymkami. Oczywiście nie cierpię, kiedy muszę być na dworze dłuższy czas a marzną moje biedne palce i zamarzam jak sopelek lodu,brrrr
Dzisiejszej nocy było wielkie święto dla mnie a właściwie jego wspomnienie. Odkąd pamiętam bardzo je przeżywam; wręcz ubóstwiam. Piszę oczywiście o Mikołajkach. Najważniejsze jest oczekiwanie, napięcie, niepewność i to podniecenie rosnące wraz z przybywaniem gwiazd na nocnym niebie. Jestem dorosła, ale ciągle uwielbiam tę noc 5/6 grudnia, po której następuje radosny poranek. I nie jest ważne, co dostanę, ale radość, że w gruncie rzeczy jeszcze jestem wesołym dzieckiem. Kilka lat temu, kiedy byłam ciut młodsza, pisałam listy do św. Mikołaja i przeważnie nie prosiłam o prezenty – tę tajemnicę zdradzałam tylko rodzicom – (o ironio i słodka naiwności dziecka!), ale zadawałam mu najróżniejsze pytania. A co najciekawsze, i dla mnie wtedy najważniejsze, Mikołaj na nie odpowiadał. Dodatkowo pisał dla mnie różne przestrogi, w stylu „Bądź grzeczna, słuchaj się rodziców”. Teraz to jest miłym wspomnieniem, ale wtedy traktowałam to niemalże jako objawienie woli Bożej, które należy wykonać w 100%. Miła jest ta dziecięca wiara w kogoś, kto jest tajemniczym przyjacielem dzieci, porusza się magicznymi saniami i w ciągu tylko kilku nocnych godzin uszczęśliwia tyle dzieci. W tych sprawach wciąż jestem dużym dzieckiem i jest mi z tym całkiem dobrze. Bo, czy jest ktoś, kto szczerze nie lubi magii, prezentów i tej całej bajkowej otoczki?
Lubię prezenty robione z myślą o konkretnej osobie, takie, w których liczy się pomysł i zaangażowanie a nie metka. Ukochanej osobie sprezentowałam owocowego bałwanka. Składał się z 3 warstw : grapefruit, pomarańcza, mandarynka. “Postać” połączyłam wykałaczkami i i przyozdobiłam aromatycznymi goździkami. Uśmiech obdarowanej osoby pierwsza klasa. A talia niezagrożona!
Uwielbiam te cudne, spokojne, bajkowo rozświetlone grudniowe wieczory, kiedy nie mam nic pilnego do zrobienia i mogę się przespacerować pośród sklepów pełnych kolorowych wystaw. To podobno normalne dla płci pięknej… Jednak ja wprost ubóstwiam kolorowe światełka. Im więcej, tym lepiej. Pobudzają we mnie największe pokłady dziecięcej prostolinijności, naiwności i czułości. Świat widziany przez pryzmat jasnych lampek na tle ciemnego nieba. Do tego jeszcze tylko (widziane w świetle ulicznych latarni) bieluśkie płatki padającego śniegu i jestem bardzo szczęśliwą osóbką…
Za kilkanaście dni rozpoczyna się – oby dla wszystkich cudny i najwspanialszy – okres w naszym życiu – Święta. Mam nadzieję, że dotrwamy do nich bez złamań, paskudnych przeziębień i totalnego wnerwienia na kilometrowe kolejki po wszystko, co skutecznie odbierze dobry nastrój. Już teraz życzę byśmy przetrwali ten czas aktywnie, zdrowo i radośnie. A po, piekielnie smacznych aczkolwiek w rozsądnych ilościach spożywanych, rozkoszach stołu niech każdy sobie porządnie odpocznie, bo rzeczywiści nam się należy!

Zostaw komentarz