“Chwała Bogu na wysokości a pokój niech będzie na…Ursynowie” – takie oto poezje niedawno były moją codzienna lekturą. To oczywiście treść ogłoszenia z portalu oferującego wynajem mieszkań. W grudniu jak opętana poszukiwałam nowego źródła dochodów oraz nowego mieszkania. Akurat mój okres wytężonych poszukiwań oraz samej przeprowadzki przypadł na największe mrozy, więc w pełni korzystałam z uroków kilkugodzinnych seansów krioterapii ![]()
Znów miałam do czynienia z masą ogłoszeń, które trudno było rozszyfrować a kiedy wreszcie wiedziałam o co chodzi, to już tylko pokładałam się ze śmiechu. Wyimki z takowych: “w przedpokoju są szafy wnętrznościowe“, “mieszkanie jest przestrzenne”, “pokój przejściowy”. Szczytem wpadek i pomyłek było odwiedzenie – zdawałoby się nieszczególnego – pokoiku zawierającego w swoim wnętrzu…kabinę prysznicową i to dla wszystkich lokatorów. Ogłoszeniodawca oczywiście nie wspomniał o tym drobnym “dodatku” w ogłoszeniu, więc trzeba było na własne oczy ujrzeć ową niespodziankę.
Koniec końców znalazłam odpowiadające mi lokum. Nastąpił kluczowy etap przeprowadzki. Najpierw po raz kolejny przekonałam się o gigantycznych rozmiarach mojego dobytku. Wydawało się, że jego pakowanie i upychanie w samochodzie nigdy się nie skończy. W całym przedsięwzięciu transportu dzielnie pomagał mi mój partner. Oczywiście nie darował sobie komentarzy na temat zbędności minimum połowy mojego dobytku:) Po kilkunastu kursach (także w korkach) pomiędzy dwoma mieszkaniami i wtaszczeniu prawie całego dobytku obydwoje padaliśmy ze zmęczenia. Mój nowy pokój, do którego wrzuciliśmy wszystko na chybił trafił, przypominał pchli targ przez który przeszło tornado. Czekało mnie kilka dni rozpakowywania i układania. Bezpośrednio po transporcie byłam tak spracowana, rozgrzana i oczywiście podekscytowana, że przez 4 kolejne dni nie miałam apetytu na obiad. I mimo, że za oknem były mocno minusowe tempareatury, to ja namiętnie wietrzyłam pokój przechadzając się w koszulce na ramiączka i lamentując, że jest mi za gorąco:)
Mój nowy pałac wymagał odświeżenia a także przestawienia mebli, uporządkowania i ponownego rozpakowania mojego dobytku. Trwało to blisko dwa tygodnie. Nadeszło Boże Narodzenie a ja jeszcze nie byłam pewna czy wszystko jest już na właściwym miejscu!
I już wszystko byłoby cacy, gdyby nie ten okropny kwaśno-mdły fetorek. Pozostał po poprzednich palących jak smoki lokatorach, którzy najwyraźniej nie lubili po nim wietrzyć. Toteż wciąż dokonuję procedury codziennego długiego wietrzenia, palenia świeczek zapachowych itp. zabiegów. Odnoszę w tym pewne, aczkolwiek bardzo powolne, sukcesy.

Zostaw komentarz