Obiad zwykle robię jednodaniowy. Wiadomo, oszczędność czasu. Często jem go na mieście, więc tym bardziej do pudełeczka zabieranego z domu pakuję formę drugiego dania. Zupę trudniej transportować apotem jeść, bo termos zwykle jest ciężki lub nieporęczny i a nijak go włożyć do mikrofali.
Czasem jednak ogarnia mnie przemożna ochota na zupę. Tu zwykle też rodzi się problem natury logistycznej lub, jeśli ktoś woli, egoistycznej. Gotowanie gara zupy dla zabieganej singielki to kiepski pomysł, bo już przygotowywanie jest czasochłonne, a co gorsza potem jej jedzenie trwa w nieskończoność. Po kilku próbach takiego gotowania i jedzenia przez 3-4 dni tego samego serdecznie znienawidziłam te moje dotychczas ulubione.
Natomiast zupełnym przypadkiem odkryłam “Zupy Babi Zosi”. Jak zapewnia producent, są one w 100% naturalne. Asortyment jest dość szeroki, oparty o tradycyjne zupy takie jak: pomidorowa, z soczewicą, krupnik czy pieczarkowa. Przygotowuje się je na maśle, oleju lub porcji rosołowej w litrze wody. Całe gotowanie trwa ok. 15-20 minut, czyli dokładnie tyle, ile mogę poświęcić na romans z kuchnią. W opakowaniach są suszone warzywa (1 torebka) oraz takie dodatki jak ryż, kasza i kluski. Mocno wyczuwalne są naturalne przyprawy (2 torebka).
W taki dzień jak dziś, kiedy za oknem pogoda iście wiosenna nie trzeba się specjalnie rozgrzewać, więc rosół czy zupa z soczewicy mogą poczekać na kolejną falę mrozów, którą zapowiadają meteorolodzy. Dziś pora na coś świeżego i lekkiego.
Toteż właśnie zaszalałam i zafundowałam sobie ucztę. Obiad dwudaniowy. Na pierwsze danie był smażony w ziołach filet z tilapii, 50g ryżu parabolicznego i surówka z białej i czerwonej kapusty. Na drugie zaś barszcz ukraiński z serii “Zupy Babci Zosi”. Dodałam do niego niewielką ilość śmietany 12%. Ugotowałam jajko (na targu mówią, że ekologiczne, bo od kury wolnobiegajacej; jedyne co pewne to to, że droższe) a na wierzch wrzuciłam garść świeżej natki pietruszki. Och, niebo w gębie – lekko kwaśna i słodkawa zupka. Reszta dania wylądowała w lodówce. Może jutro zjem ją sama a może kogoś poczęstuję.
A na deser suszone śliwki. Takie prawdziwe, “mokre”, czyli z miąższem i aromatem słodkiego owocu a nie wydmuszki z supermarketu. Zjadłam zaledwie kilka sztuk, bo większa ilość powoduje silny efekt przeczyszczający!

7 February, 11:11 pm
Hm,”Zupy Baby Zosi”? Brzmi ciekawie, a jeszcze ciekawsze jak smakuje. A śliwki rzeczywiście rządzą, szczególnie te kalifornijskie w czekoladzie – dużo kalorii, ale sporo frajdy. Pozdrawiam.
8 February, 1:02 pm
też jestem smakoszką zup. W mojej diecie mam teraz na obiady przeróżne zupy-kremy. Jest to pożywne i pyszne, więc ta dieta nie jest dla mnie wielkim wyrzeczeniem
8 February, 3:24 pm
@jarek – śliwki tak, ale be czekolady; zupki są pyszne, warto spróbować – szybkie, niskokaloryczne i można poszaleć z przyprawami, dodatkami, itp.
@ania – planuję zakup blendera (i parowaru), wtedy też rozsmakuję się w gęstych zupach-krem, musach, itp.; już mi ślinka cieknie, mniam:)
9 February, 7:00 am
Ja gar zupy rozlewam do mniejszych pojemników i mrożę. Zresztą ja wiele dań obiadowych. Rano wyciągam z zamrażalki i po przyjściu z pracy wystarczy odgrzać. Strat w walorach smakowych nie zauważyłam. To bardzo wygodne rozwiązanie, zwłaszcza, że w tygodniu mało mam czasu na stanie przy garnkach.
13 February, 9:57 pm
Tak przechowuję “płaskie” dania obiadowe, np. mrożone warzywa, ryby i kotlety. Na pojemniki z zupą już nie starcza miejsca:(