Audycja nt. mojej działalności w lokalnej telewizji MASTER TV:
http://telewizja.lukow.pl/index.php?option=com_seyret&Itemid=71&task=videodirectlink&id=141
Po emisji dostałam wiele ciepłych i motywujących komentarzy. Za wszystkie pięknie dziękuję!
blog Eli Stryjek
Audycja nt. mojej działalności w lokalnej telewizji MASTER TV:
http://telewizja.lukow.pl/index.php?option=com_seyret&Itemid=71&task=videodirectlink&id=141
Po emisji dostałam wiele ciepłych i motywujących komentarzy. Za wszystkie pięknie dziękuję!
Zima, zima, zima, pada, pada śnieg…i to nie tylko w Alpach:-) Wielu z nas ta atmosferyczna – do kalendarzowej jeszcze dwa tygodnia – pora daje sie we znaki. Fakt, śnieg i mróz przyszły nagle i dokonały dużego zawirowania w naszym świecie. Kiedy mróz ściska narzekamy, że szczyzpie w nosy albo palce. Kiedy z kolei jest nieco wilgotniej, narzekamy na przemoczone buty i przeziębiamy się na potęgę.
Jeśli jest wam źle z powodu minusowych temperatur, korków i zaczerwienionych nosów, to natychmiast pomyślcie o czymś przyjemnym. A może kubek gorącego kakao wprawi was w lepszy nastrój? Przy okazji Mikołajek chcę podzielić się kilkoma moimi refleksjami na temat cudowności zimowego czasu i tajemnicy Mikołajek. Ach, jak ja uwielbiam śnieg i mróz za oknem, a w dłoniach kubek gorącej herbaty, kakao albo cappuccino. To piękne, że pod naszą szerokością geograficzną ciągle mamy zimę, ale taką normalną z czapkami, śnieżkami, lodem i zadymkami. Oczywiście nie cierpię, kiedy muszę być na dworze dłuższy czas a marzną moje biedne palce i zamarzam jak sopelek lodu,brrrr
Dzisiejszej nocy było wielkie święto dla mnie a właściwie jego wspomnienie. Odkąd pamiętam bardzo je przeżywam; wręcz ubóstwiam. Piszę oczywiście o Mikołajkach. Najważniejsze jest oczekiwanie, napięcie, niepewność i to podniecenie rosnące wraz z przybywaniem gwiazd na nocnym niebie. Jestem dorosła, ale ciągle uwielbiam tę noc 5/6 grudnia, po której następuje radosny poranek. I nie jest ważne, co dostanę, ale radość, że w gruncie rzeczy jeszcze jestem wesołym dzieckiem. Kilka lat temu, kiedy byłam ciut młodsza, pisałam listy do św. Mikołaja i przeważnie nie prosiłam o prezenty – tę tajemnicę zdradzałam tylko rodzicom – (o ironio i słodka naiwności dziecka!), ale zadawałam mu najróżniejsze pytania. A co najciekawsze, i dla mnie wtedy najważniejsze, Mikołaj na nie odpowiadał. Dodatkowo pisał dla mnie różne przestrogi, w stylu „Bądź grzeczna, słuchaj się rodziców”. Teraz to jest miłym wspomnieniem, ale wtedy traktowałam to niemalże jako objawienie woli Bożej, które należy wykonać w 100%. Miła jest ta dziecięca wiara w kogoś, kto jest tajemniczym przyjacielem dzieci, porusza się magicznymi saniami i w ciągu tylko kilku nocnych godzin uszczęśliwia tyle dzieci. W tych sprawach wciąż jestem dużym dzieckiem i jest mi z tym całkiem dobrze. Bo, czy jest ktoś, kto szczerze nie lubi magii, prezentów i tej całej bajkowej otoczki?
Lubię prezenty robione z myślą o konkretnej osobie, takie, w których liczy się pomysł i zaangażowanie a nie metka. Ukochanej osobie sprezentowałam owocowego bałwanka. Składał się z 3 warstw : grapefruit, pomarańcza, mandarynka. “Postać” połączyłam wykałaczkami i i przyozdobiłam aromatycznymi goździkami. Uśmiech obdarowanej osoby pierwsza klasa. A talia niezagrożona!
Uwielbiam te cudne, spokojne, bajkowo rozświetlone grudniowe wieczory, kiedy nie mam nic pilnego do zrobienia i mogę się przespacerować pośród sklepów pełnych kolorowych wystaw. To podobno normalne dla płci pięknej… Jednak ja wprost ubóstwiam kolorowe światełka. Im więcej, tym lepiej. Pobudzają we mnie największe pokłady dziecięcej prostolinijności, naiwności i czułości. Świat widziany przez pryzmat jasnych lampek na tle ciemnego nieba. Do tego jeszcze tylko (widziane w świetle ulicznych latarni) bieluśkie płatki padającego śniegu i jestem bardzo szczęśliwą osóbką…
Za kilkanaście dni rozpoczyna się – oby dla wszystkich cudny i najwspanialszy – okres w naszym życiu – Święta. Mam nadzieję, że dotrwamy do nich bez złamań, paskudnych przeziębień i totalnego wnerwienia na kilometrowe kolejki po wszystko, co skutecznie odbierze dobry nastrój. Już teraz życzę byśmy przetrwali ten czas aktywnie, zdrowo i radośnie. A po, piekielnie smacznych aczkolwiek w rozsądnych ilościach spożywanych, rozkoszach stołu niech każdy sobie porządnie odpocznie, bo rzeczywiści nam się należy!
Za chwilę zacznie się wysyp diet, ćwiczeń, kosmetyków i suplementów „sylwestrowo-karnawałowych”. Półki w kioskach zaczną się uginać od gazet, które w połowie kuszą przepisami na tradycyjne mięsiwa i ciasta a w połowie zachwalają szybkie i niezawodne sposoby utraty poświątecznych kilogramów. Taki paradoks, a może sprytnych chwyt reklamowy?
Dieta to jednak taki mały koniec świata. Przede wszystkim urwanie głowy i trudny czas dla portfela, nie mówiąc o okresie heroicznego wręcz ćwiczenia się w cnocie cierpliwości naszych bliskich czy współpracowników. Tak naprawdę wszystko wygląda fantastycznie jedynie w kolorowym piśmie – zgrabna modelka na zdjęciu a obok rozpiska z planem posiłków. Wszystkie one pełne witamin, apetyczne i taaaaaaaaaaakie kolorowe, inne od tego, co jadasz na co dzień.
Podejmujesz decyzję o przejściu na dietę. W głowie kreślisz śmiały plan, przywiązujesz się do myśli, że wszystko pójdzie gładko a ewentualne trudności pokonasz z uśmiechem na ustach. Spisujesz listę zakupów i biegniesz do sklepu albo do kilku, bo w diecie jest wiele składników i dodatków, które znasz jedynie z książek podróżniczych. Nic to, cel wart jest poświęcenia – finansowego, fizycznego i psychicznego!
Przychodzi czas realizacji. Początkowo euforia, ale ale… Na obiad potrzebujesz ¼ główki kapusty. Rodzi się pytanie, co począć z resztą? Dziś kolacja to 3 plastry wędliny z indyka. Oczywiście w sklepie nie chcą zważyć tych 3 plasterków, więc bierzesz więcej. No tak, ale nie zjesz ich na śniadanie, bo tam figuruje koktajl owocowy. Jak na złość wszystkie owoce, których używasz do jego przyrządzenia muszą być w proporcjach ½. Co zrobić z niewykorzystanymi dziesięcioma połówkami różnych owoców? Następny taki koktajl wypada dopiero za tydzień, a tyle owoce nie wytrzymają…A to dopiero początek kłopotów i dylematów.
Dieta często daje się we znaki naszym bliskim bardziej niż nam samym. Wciąż mówimy o kaloriach, ćwiczymy jakbyśmy wybierali się na olimpiadę, wcieramy tony cudownych kremów i Bóg wie co jeszcze. A najgorzej na froncie kuchennym. Jedzenie staje się centrum naszego skurczonego świata a często i zarzewiem konfliktów. Kiedy mamy kogoś, kto choćby w przypływie litości, pokornie dojada to, co zostaje z naszej diety, to pół biedy. Gorzej, gdy domownicy nie pałają żądzą jedzenia duszonych na parze krewetek czy sałatek z pomarańczy i selera. A już najgorzej jest, kiedy to, czego nie wykorzystamy ląduje w koszu na śmieci. Bardzo denerwuje mnie takie marnotrawstwo. I to niby w imię słusznej idei dbania o siebie, odchudzania czy poświątecznego oczyszczania ze złogów.
Nie dajcie się oszukiwać reklamom. Diety co roku są te same. Rzadko kto stosuje je dokładnie wg zaleceń. Jeszcze mniejszy odsetek skutecznie trzyma wagę wypracowaną podczas dwóch tygodni dietetycznego szaleństwa. Nie wyrzucajcie pieniędzy w błoto. Nie psujcie dobrej atmosfery domowej oazy.
Przyjaźń z drugim człowiekiem to skarb. Szczególnie taka przyjaźń, które trwa lata i nie poddaje się różnicom geograficznym, matrymonialnym czy finansowym. Nie musi, wbrew pozorom, opierać się na częstych spotkaniach, mailach czy telefonach ani na opowiadaniu sobie o wszystkim. Jej zasadą jest wiara w to, że posiadamy pewność, iż w gronie naszych znajomych czy bliskich jest taka osoba, do której zawsze możemy się odezwać i bez ogródek powiedzieć o problemach czy poprosić o pomoc.
Czytałam kiedyś zdanie, które bardzo mnie ujęło “My nie tyle oczekujemy pomocy przyjaciół, ile wiary, że taką pomoc możemy otrzymać”. Czasem rzeczywiście wystarczy intensywne myślenie o danej osobie, przywoływanie jej ciepłych słów czy wrażeń ze wspólnie przeżytych chwil, by nieco ukoić swoje skołatane nerwy. Czasem, np. w przypadku różnic geograficznych, jest to jedyna forma przyjacielskiego wsparcia. Niejednokrotnie takie “podładowanie” wewnętrznych akumulatorów optymizmu wystarcza.
Co robić, kiedy jednak jest naprawdę źle i mimo własnych starań sytuacja staje się coraz gorsza? Nie czekać biernie aż samo przejdzie, nie tworzyć kolejnych czarnych scenariuszy i nie zaszywać się w pustce samotności. Warto dać znać otoczeniu, że potrzebujemy wsparcia. Może udzieli go ktoś, kto od lat służy swoim ramieniem, a może zupełnie niespodziewanie ktoś, z kim od lat nie utrzymywaliśmy zbyt zażyłych stosunków.
Mamy tendencję do uciekania z problemami wgłąb siebie. Wg mnie to błąd. Trzeba gadać, gadać i jeszcze raz gadać. I to tylko po to, żeby się wygadać. Kobietom naturalnie przychodzi to łatwiej, ale także mężczyźni czujący troskę i uwagę otwierają się. To, wbrew pozorowi bezproduktywności i tzw. nakręcania się, pomaga w uporządkowaniu i nazwaniu tego, co nam w sercu siedzi. Często w czasie opowiadania zaczynamy postrzegać sytuację w nowych wymiarach, dostrzegamy gdzie leży sedno sprawy i nieco porządkujemy nasze myśli. A jeśli przy tym lejemy rzewne łzy, rwiemy sobie włosy z głowy i w ilościach hurtowych pochłaniamy coś, czego normalnie byśmy nie tknęli (a to słodycze a to śledzie z cebulką), to znaczy, że tego właśnie potrzebuje nasze głębokie “ja”. Jest to pewnego rodzaju terapia szokowa, którą oczywiście pod żadnym pozorem nie wolno usprawiedliwiać nawyku zajadania problemów. Plusy terapii “rób dokładnie tak, jak czujesz”? Takie zaskakujące przejedzenie spowoduje, choćby czasowy, wstręt do danych produktów. A bałagan na głowie może stać się pretekstem do zmiany fryzury. Niby mała rzecz a czasem może bardzo odmienić nasz świat.
Mam swoją teorię, iż każdy powinien mieć dwoje zaufanych przyjaciół – jednego swojej płci i jednego odmiennej. I zależnie od potrzeb próbować spojrzeć na problem z pomocą tej drugiej, a jak trzeba to i trzeciej, pary oczu. To pomaga rozszerzyć nasz horyzont spojrzenia na daną sprawę. Jest to szczególnie pomocne, gdy sami mamy małe doświadczenie w danej materii albo jesteśmy tak zbici z tropu lub zagubieni, że w ogólnie potrafimy zachować jasności umysłu i oceniać na chłodno spotykających nas zdarzeń. A poza tym druga osoba może nam na czas “wybić z głowy” pomysły dyktowane nagłą żądzą zemsty czy przypływem niepohamowanego smutku. Przytuli, otrze łzy i zaparzy morze pysznej herbaty.
Nie jestem zwolenniczką tzw. towarzyskiego magla, w którym grupka zaprzyjaźnionych osób wspólnie analizuje i radzi. Jest to dobre rozwiązanie, ale raczej przy tzw. małych kłopotach a już najlepiej przy rozważaniach nt. hipotetycznych spraw i ich rozwiązań, że tak powiem przygotowywaniu “na zapas” listy ratunkowej. Do tych najtrudniejszych i najbardziej intymnych spraw lepiej zabierać się w mniejszych podgrupkach, najlepiej tandemach.
Najważniejsze jednak to nie zamykać się, nie oceniać z góry intencji tego, kto przychodzi z ofertą pomocy i nie myśleć, że nasze kłopoty nie są warte cudzej uwagi. A jeśli ktoś tak nam powie, to najlepsza weryfikacja łączącej nas relacji i dowód, że najwyższy czas ją zakończyć.
Może to banał, ale często pocieszam się słowami “Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Zawsze, kiedy wysychają łzy przychodzi czas na spojrzenie wstecz i zadanie sobie pytania o naukę, jaka była mi dana w konkretnym wydarzeniu. Zwykle biorę kartkę i “na gorąco” zapisuję wszystkie myśli, które przychodzą mi do głowy – postanowienia, pochwały za zaniechanie zrobienia głupoty czy słowa uznania za dzielność podniesienia się z czarnej rozpaczy. Nie obiecuję sobie przy tym, że nigdy więcej nie będę słaba, smutna, bezsilna i łkająca. Życie udowadnia, że każdego z nas od czasu do czasu spotykają sprawy, które każą zwolnić tempo, usiąść i rozkleić się. I warto to zrobić, ale mądrze. Z czyjąś pomocą i wyciągniętą na przyszłość nauką a nawet “emocjonalną szczepionką”.
I na koniec zaznaczę, że nikt – paradoksalnie także my jako najsurowsi auto cenzorzy – nie ma prawa oceniać intensywności naszej reakcji na to, co nas spotyka. Każdy ma indywidualny barometr odczuwania szczęścia i smutku. Dobrze, by ktoś towarzyszył i dyskretnie obserwował czy nie wyrządzamy sobie krzywdy, ale nigdy przenigdy nie wolno nam oceniać ex cathedra cudzych emocji.
Na przekór listopadowi pełnemu brązów i szarości postanowiłam wyjść na spacer i zabrać ze sobą mocne, intensywne barwy charakterystyczne dla…wiosny. Założyłam krótką spódnicę, bluzkę, ciepły sweter sięgający za pupę oraz grubą kurtkę, gdyż jestem bardzo wrażliwa na przewianie i wychłodzenie. Postanowiłam pomalować paznokcie na niebiesko i także w tych odcieniach skomponować dodatki – buty, rajstopy oraz kolczyki. Na koniec wykonałam turkusowo-szary makijaż.
Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się przegonić jesienne smutki i melancholię.
Powiew Orientu.
A to wcielenie a’la diablica…
…i znów radosna zieleń
Tak niewiele potrzeba, by sprawić sobie przyjemność i wynikającą z tego radość. Moim sposobem na dodanie barw szarym dniom jest…pełna kosmetyczka oraz dziecięca chęć eksperymentowania. Ta pierwsza to istny skarbiec pudrów, cieni, kredek i lakierów o przeróżnych barwach. Ta druga to motor napędowy, szczególnie gdy wszystko wydaje się takie samo, czyli de facto nudne i nudniejsze wciąż.
Kiedy więc za oknem pejzaż staje się tak jak teraz coraz bardziej buro monokolorystyczny, ja stawiam na kolory. Najprościej, a według mnie najwłaściwiej dla kondycji naszej psyche, jest dodać je do własnego wizerunku. A to poprzez kolorowe dodatki a to przez intensywniejsze akcenty w makijażu.
Moim typem kolorystycznym jest wiosna, która dobrze czuje się w tonacjach żywych, ostrych, czystych i wyrazistych. Kosmetyczka pełna jest więc kosmetyków, które wyglądają jak pudełeczka z farbami jakiegoś szalonego malarza. Już ten widok naprawa mnie radością. Natomiast moją wewnętrzną radość najbardziej wydobywa lakier do paznokci. Dlaczego? Malowanie trwa krótko, za to efekt jest widoczny kilka dni. Kiedy po długim okresie nieco przymusowego malowania paznokci na blado różowo albo w wersji french manicure zafundowałam im soczysty róż, byłam wniebowzięta. Tak mi się to spodobało, że następnego dnia przemalowałam pazurki na kolor jasnej śliwki. Może to dziwnie zabrzmi, ale ten drobny gest bardzo podbudował moją samoakceptację oraz poczucie kobiecości i atrakcyjności! Teraz, kiedy piszę tego posta patrzę na palce uderzające w klawiaturę. A tym samym patrzę na te korowe fioletowe paznokcie. Przy każdym spojrzeniu na nie buchają we mnie takie małe iskierki radości i dobrego nastroju.
Zachęcam każdego do poszukiwania w swoim otoczeniu takich prostych, szybkich i stosunkowo niedrogich metod poprawiania nastroju. Może odkryje się coś zupełnie nieznanego a może – tak jak ja – pogłębi się coś, co zna się już dosyć dobrze. Zawsze warto oddać się takiemu niewinnemu szaleństwu. Szczególnie teraz, gdy za progiem jesienna szaruga.
Melduję, że po raz pierwszy byłam na badaniu USG piersi. Skłoniła mnie do tego profilaktyka chorób nowotworowych; październik to miesiąc różowych wstążeczek, symbolu walki z nowotworem piersi; a także dość nietypowa budowa wewnętrzna moich jabłuszek szczęścia.
Odkąd w okresie dojrzewania przybrały one rozmiar monstrualny prawie niemożliwym stało się palpacyjne zbadanie całego ich obszaru. A późniejsze zrzucenie tych 50kg też odbiło się na jakości skóry powlekającej biust. Włókna kolagenowe i elastynowe zostały mocno nadwyrężone i tego procesu już się nie odwróci. Mój biust nie nadaje się na okładkę topless, to pewne. Trochę mi zajęło nim się z tym ostatecznie pogodziłam. Niemniej jednak mój biust nadaje się, a raczej zasługuje na to, by się nim interesować, szczególnie od wewnątrz. Świadoma trudności z dokładnym obrazowanie stanu tych części ciała, a pragnąca usłyszeć – poparte mocą lekarskiego autorytetu – słowa o tym, że wszystko jest w porządku, postanowiłam skorzystać z pomocy specjalisty radiologa, zwanego niekiedy usgologiem.
W czasie badania pytałam o wiele rzeczy i uzyskałam cenne informacje nt. zróżnicowania budowy gruczołu piersiowego. Lekarz zaznaczył, że jakkolwiek duże, czyli ciężkie a często nieco obwisłe, piersi sprawiają problem w badaniu palpacyjnym, to jednak żadna nas, drogie panie, nie może odpuszczać samobadania. W końcu nikt nie ma takiego prawa do dotykania nas jak my same. Nie zapominajmy o tym i nie dopuszczajmy by nasze własne ciało oraz jego indywidualna fizjologia było dla nas terra incognita. Wszak badanie USG można wykonywać co pół roku (jeśli ginekolog uzna za konieczne, inaczej jest to badanie płatne, ok. 80-100zł) a samobadanie po każdej miesiączce. Kiedy staje się ono nawykiem, to najlepszy dowód, że troszczymy się o siebie, głównie zaś o jedną z najgłębszych części naszej kobiecości.
Piersi mają różną budowę oraz zmienny wygląd. Zależy on od naszych genów, trybu życia oraz procesów fizjologicznych – dorastania, ciąży czy menopauzy. Dlatego tak ważne jest by na bieżąco obserwować czy wewnątrz gruczołu nie pojawiają się miejsca o bolesnych zgrubieniach, itp. zmiany a powierzchnia zewnętrzna nie pokrywa się rankami lub wysiękami. Pamiętajcie, wyznacznikiem jakości i zdrowia naszych piersi nie są “badania porównawcze” z koleżankami. Jakkolwiek mogą nas uwrażliwić na różnorodność np. brodawek, to jednak badanie “na oko” nie da odpowiedzi o realny stan procesów fizjologicznych dziejących się głęboko pod powierzchnią skóry! U jednej z nas można wyczuwać pod skórą grudki, które jednak świadczą o normalnej budowie i nie są objawem choroby. Z kolei druga może mieć biust o konsystencji gęstego budyniu bez wyczuwalnych zgrubień, a mimo to mogą w nim zachodzić procesy chorobowe. Nie ma czegoś takiego jak “średnia krajowa” wyglądu biustu.
Ciekawym pomysłem edukacyjnym przełamującym tabu, że tylko kobieta ma obowiązek troski o swoje zdrowie intymne, jest pomysł umieszczania w widocznych miejscach w łazienkach zawieszek z obrazkami opisującymi na czym polega samobadanie piersi. Pomysł prosty i oby skuteczny. Ja znam na pamięć wymienione czynności, ale może nie zna ich ciocia lub koleżanka, które zwrócą na nie uwagę podczas wycierania rąk czy poprawiania makijażu w lustrze. A może nastoletnia córka zaciekawi się tematyką i będzie to dobry początek do rozmowy o profilaktyce chorób piersi czy właściwego dobierania biustonosza. Ideałem jest, gdy kochający i troskliwy partner jest świadomy konieczności wykonywania regularnego badania i sam o tym przypomina swojej zabieganej ukochanej.
Oczywiście do palpacyjnego badania biustu możemy angażować partnera. Ważne jednak, żeby najpierw rzeczywiście skupić się na obejrzeniu i badaniu a dopiero potem na przyjemnościach, jakie niesie ze sobą taka intymność.
Cytuję opis mojego badania: “Obie piersi o prawidłowej budowie gruczołowo-tłuszczowej. Zmian ogniskowych w obu piersiach nie uwidoczniono. Przewody gruczołowe nieposzerzone. Węzły chłonne pachowe obustronnie niepowiększone.”
W nagrodę za odwagę i ku podtrzymaniu radości z dobrego wyniku badania postanowiłam sprawić cztery nowe „ubranka” dla moich piersi, czyli biustonosze. Poszperałam na moim ulubionym portalu z seksowną bielizną dla kobiet posiadających duże piersi, czyli na http://www.intymna.pl i znalazłam istne cudeńka. Teraz czekam na wizytę kuriera z przesyłką i ten cudowny moment rozpakowywania paczek oraz przymierzania nabytków.
24 października Dniem Walki z Otyłością. Wiedzieliście? Ja dowiedziałam się przypadkowo podczas słuchania audycji radiowej. Informacja wywołała ambiwalentne uczucia. Z jednej strony bardzo się cieszę, że na masową skalę zwraca się uwagę na coraz bardziej doskwierający populacji światowej problem „wagi nazbyt ciężkiej”. Z drugiej jednak martwi mnie fakt istnienia tak dużej ilości otyłych, iż świat ogłasza Dzień Walki z Otyłością.
Nie ma co. Trzeba bić na alarm. Otyłość to poważne schorzenie, które wiąże się z częstszym pojawieniem się i gwałtowniejszym przebiegiem szeregu schorzeń, od cukrzycy poczynając a na chorobach serca kończąc. Otyłość powinna być postrzegana właśnie z tego punktu widzenia. Niesie ze sobą wiele zagrożeń oraz problemów. To nie jest, kwitowane puszczeniem porozumiewawczego oczka, dodatkowe kochane ciałko, którego nigdy za wiele. To także nie problemy ze znalezieniem odpowiednich ubrań czy obuwia. Natomiast głównie są to – lub w krajach takich jak Polska będą – problemy natury ekonomicznej.
Swego czasu głośno komentowano wprowadzanie przez linie lotnicze przymusu uiszczania większej opłaty za bilet nabywany przez otyłe osoby. W Meksyku dysputuje się o słuszności umieszczania siedzisk w rozmiarze XXL oznakowanych dodatkowo kolorem wyróżniającym je z reszty miejsc. Przeciwnicy pomysłu alarmują, że jest to dodatkowa stygmatyzacja osób i tak borykających się z problemem nadmiernych kilogramów. Zwolennicy pomysłu mówią, że jest to wizualne wskazanie miejsca siedzącego dla otyłej osoby, która zwyczajnie może się krępować – czasami zakończoną fiaskiem – próbą zmieszczenia się w standardowe miejsce siedzące. Ciekawe co by się stało w Polsce, gdyby wprowadzono takie miejsca w obiektach publicznych.
Mam prawo, choć to żadna przyjemność, mówić gorzkie słowa osobom otyłym, gdyż sama nią byłam, ale udało mi się pokonać tego potwora nadwagi. Wiem, że jakkolwiek takie słowa nie należą do miłych, to jednak czasem są potrzebne. Mną kiedyś wstrząsnęła informacja o psujących się, a raczej załamujących się od za ciężkich pacjentów, polskich stołach operacyjnych. Produkowane kilkadziesiąt lat temu nie były przygotowywane na taki wielokrotny nacisk i dziś zdarza się, że lekko opadają w czasie zabiegów…
Moim naczelnym argumentem z grupy ekonomicznych, kierowanym pod adresem otyłych jest oręż podatkowy. Zawsze wtedy, kiedy widzę beztroskę rodziców wciskających dzieciom słodkie bułki do szkoły lub prowadzących maluchy do fast food’ ów czy ludzi powtarzających jak mantrę, że im „jeszcze tylko jedna” porcja potrawy X nie zaszkodzi, mówię bardzo spokojnie acz dobitnie, iż „przyszłe choroby delikwenta spowodowane złym odżywianiem co prawda sprawią ból jedynie jemu, aczkolwiek fundusze na ich leczenie pójdą z podatków wypracowanych przeze mnie. A ja naprawdę wolę, by te środki państwo rozdysponowywało na inne cele.”.
Z okazji Dnia Walki z Otyłością życzę wszystkim, by nie dopuścili do sytuacji, w której taka walka stanie się konieczna. A wszystkim, którzy z troską i miłością pochylili się nad swoim problemem “wielkiej wagi” mocno kibicuję a także życzę dużo wsparcia i samozaparcia. Walka jest trudna, ale pamiętajcie – walczycie przede wszystkim o siebie. Zaś skutki tej walki, oby zawsze wygranej, będę cieszyły tak was i i wasze otoczenie. Zatem głowa do góry a pierś do przodu! Kiedy cel obrany a ścieżka wytyczona, cały wszechświat potajemnie sprzyja wygranej.
Co zrobić z drogimi ubraniami, które zdążyłam założyć raz lub wcale?
Postanowiłam wystawić je na Allegro jako sprzedawca o nicku ESksztaltna.
Zapraszam do zapoznania się z ofertą i zakupów:
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1285139612
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286220140
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286220552
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286221224
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286221718
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286221919
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286222061
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286222265
http://www.allegro.pl/show_item.php?item=1286222550
Moja Firma “E.S.kształtne życie” właśnie weszła na rynek.
Ja urodziłam się we czwartek i ona też:)
Zapraszam Cię do skorzystania z moich autorskich nowatorskich usług , jeśli chcesz przeżyć fantastyczną przygodę i zmienić swoje życie, czyli poznać Autorski program racjonalnego odżywiania!
Pamiętaj, nigdy nie jest za późno, by uczynić swoje życie lepszym i zdrowszym. A najprostszym tego sposobem jest zmiana stylu odżywiania.
To, co proponuję nie jest dietą (nieefektywny szybki rezultat, krótki efekt).
Jest to nowy racjonalny styl życia (efektywny powolny rezultat, długi efekt).
Przekonaj się, że nowy zdrowy styl życia to najlepsza długoterminowa inwestycja w siebie!
Elżbieta Stryjek
E.S.kształtne życie
http://esksztaltnezycie.waw.pl
+48 880 169 314