0

Takie pytanie zadał mojej mamie kuzyn stojący jakieś 3 m ode mnie. Mama odpowiedziała “Nie żartuj sobie, przecież stoi tu przed Tobą”. Na co pytający zrobił oczy w słup i aż mu dech zaparło. Wyznał, że gdyby nie  ta rozmowa, to do końca wesele by mnie nie rozpoznał, mimo, że widzieliśmy się zaledwie 1,5 roku temu.
Siedząc za biesiadnym stołem spotkałam germanistkę z liceum. Przewidując, że może mnie nie kojarzyć -  nie wiedziałyśmy się od 5 lat i to właśnie w ciągu tych lat zaszła moja metamorfoza -  zagadnęłam ją, nieśmiało rozpoczynając moje standardowe “Zapewne mnie pani nie poznaje…”. I oczywiście przypomniała sobie mnie dopiero po wymienieniu imienia i nazwiska.

Kuzyn, który po pierwszym szoku w końcu uwierzył, że ja to ja,  porwał mnie na parkiet i, najszybciej jak się dało, kręcił we wszystkie strony . Zresztą nie tylko on. Miałam kilku partnerów na parkiecie i dzięki ich zapałowi mogłam w pelni rozwinąć swoje taneczne skrzydła. Wywijaliśmy, oj wywijaliśmy – chłopaki na parkiecie dali mi szkołę.

Zdarzyło  się dwa razy, że w szaleńczym wierze na parkiecie stopa wypadła mi z buta przypiętego do kostki, ale jak tylko włożyłam ją na miejsce, to hasałam dalej.

W czasie oczepin było tradycyjne podrzucanie pana młodego. Panie stwierdziły, że nie będą gorsze! Z równie dobrym skutkiem podrzucały panią młodą. W tej zabawie uczestniczyłam z dużym zaangażowaniem, co objawiło się nawet lekką kontuzją nosa spowodowaną kontaktem z opadającym na mnie udem podrzucanej żywiołowo osóbki.

Przede wszystkim jestem dumna z tego, że bez trudu udało mi się wytrzymać na szpilkach ponad 11 godzin ( do 4 rano). Gdy tymczasem moje równolatki już w porze oczepin albo zmieniały obcasy na balerinki albo tańczyły na bosaka.

Niestety nie mogłam uczestniczyć w poprawinach, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze wiele takich spotkań, podczas których będę mogła bawić się w miłym towarzystwie oraz  szaleć na parkiecie. A w ten cudowny sposób spalać kalorie tak ochoczo i bez najmniejszych wyrzutów sumienia pochłaniane podczas przyjęcia weselnego.


0

Odkąd moje tempo chudnięcia znacznie spadło zaglądam na wagę nie częściej niż co kilka miesięcy. Ostatni raz uczyniłam to wczesną wiosną. Wtedy też nabyłam kilka ciut przyciasnych ubrań z rodzaju “biznes”, które miały być noszone w czerwcu oraz jesienią. Latem przyzwyczaiłam się do noszenia luźnych i zwiewnych szmatek, które więcej odkrywały, niż przykrywały. Ponadto nie odmawiałam sobie różnych (zdrowych i nieco mniej dozwolonych) smakołyków. Obawiałam się nawet, że być może lekko utyłam.
Toteż z początkiem września lekkomyślnie nie zajrzałam do garderoby wierząc, że wciąż noszę ten sam przedział rozmiarów, czyli 10-12.

No i doigrałam się dziś rano, kiedy okazało się, że po raz kolejny “nie mam się w co ubrać, bo nic na mnie nie pasuje”. Jutro czeka mnie bardzo ważne spotkanie, sięgam więc do szafy po żelazny zestaw tych zakupionych wiosną biznesowych wdzianek “tak dopasowanych, że już nie będą za duże, przynajmniej rok” z nadzieją na szybkie skomponowanie ciekawego zestawu. A co mnie spotyka? Stresująca niespodzianka. Prawie wszystkie – kupione przed wakacjami, czyli jakby wczoraj – marynarki, koszule, spódnice i spodnie już są na mnie za luźne :(

Ogólnie rzecz biorąc to wspaniała nowina, bo ostatecznie przechodzę z rozmiaru 10 na 8. Tylko bardzo stresujące jest to, że dowiaduję się o tym dopiero w przeddzień “wielkiego wyjścia”?

Tu pochwalę się moją, często nieco wyśmiewaną, zapobiegliwością i związaną z nią lekką obsesją planowania wielu scenariuszy zdarzeń. Zawsze staram się  przygotować wszystko, co wydaje mi się potrzebne nie w dniu zero, ale wcześniej.
I to mnie uratowało. Buszowałam w szafie dobrą godzinę, nim udało mi się skomponować zestaw, w którym nie wyglądam jakbym podwędziła ciuchy z kogoś znacznie tęższego, ufff. Zapewne jutro, po przymierzeniu 2-3 za dużych ubrań, wpadłabym w taką rozpacz, że nie byłabym w stanie spiąć się i maksymalnie szybko przymierzyć wszystkiego tak, by ostatecznie ustalić co mi najbardziej pasuje, bo zmalało najmniej.

A już myślałam, że etap kupowania na zapas o wiele za małych ubrań jest definitywnie za mną. Stosowana kiedyś metoda i tak nie była perfekcyjna, bo kupienie czegoś na początku marca oznaczało pożegnanie się w tym z końcem kwietnia, najdalej maja. I nawet interwencja krawcowej nie była w stanie dopasować wyglądu tych ubrań do mojej coraz szczuplejszej sylwetki. A było mi żal tych wdzianek, bo niektóre były naprawdę perełkami. Szczytem moich odkryć powodowanych żalem za ciekawymi ubraniami i próbą przedłużenia okresu ich użytkowania było pranie w temperaturze 60 stopni wełnianych żakietów.
Cieszę się natomiast, że moje stopy przestały “maleć” już ponad rok temu. Tak, tak, to nie jest pomyłka. Mało kto o tym wie, nim zeszczupleje, ale chudną nie tylko piersi czy uda lecz także – takie niepozorne i wydawać by się mogło zawsze takie same – stopy! Oczywiście ja tego nie wiedziałam zawczasu i przeżyłam szok, kiedy wiosną założyłam kilka par prawie nowych mokasynów i eleganckich czółenek, a wszystkie okazały się być czółnami, hihi. Toteż w przeciągu kilku miesięcy byłam zmuszona zainwestować w komplet butów na wszystkie pory roku i okazje.


0

W lipcu miała miejsce kolejna już konferencja WHO dotycząca problematyki otyłości. Wśród licznych nowości zaprezentowanych szanowanym specjalistom od żywienia i dbania o nasze sylwetki najszerzej komentowane były wyniki najnowszych badań nad efektem działania tabletek odchudzających. Badacze przeprowadzili duży eksperyment, w czasie którego przez 8 tygodni kilku grupom podawano najróżniejsze specyfiki „szybko i skutecznie odchudzające”. Ostatniej zaś zafundowano tabletki działające na zasadzie efektu placebo. Co się okazało po zakończeniu eksperymentu? Utrata masy ciała została zaobserwowana u 100% uczestniczących w badaniu! Z tym, że ci, którzy przyjmowali placebo schudli średnio 1,2 kg. Zaś ci, którzy przyjmowali inne suplementy utracili ok. 2 kg.

A więc jednak tabletki mają sens, bo suplementowani nimi pacjenci schudli nieco więcej, powiedzą zwolennicy chemicznego wspomagania. No tak, ale ci, którzy łykali placebo też odnotowali utratę wagi, powiedzą oponenci.
Czy dowodzi to faktycznej dominacji środków chemicznych nad naszą motywacją i silną wolą, czyli de facto psyche? Chyba jednak nie i koncerny produkujące kolejne cud-tabletki nie mogą odtrąbić ostatecznego sukcesu. Co mnie osobiście cieszy, bo tym samym odpowiedzialność za dbanie o siebie nie zostaje zdjęta z barków człowieka i nie jest przeniesiona na mechanicznie wykonywane czynności łykania czy przyklejania gotowych “cudownych” preparatów, które wszystko załatwią za najbardziej zainteresowanego efektem. Myślę ponadto, że zapewne zostanie przeprowadzony i taki eksperyment, w którym więcej schudną ci badani, którzy będą przyjmowali placebo.

Wg mnie tajemnica skutecznego odchudzania niezmiennie tkwi w umiejętnym skomponowaniu takich składników jak: motywacja+właściwe odżywianie+ruch+w zależności od potrzeby suplementy. I w takiej właśnie kolejności. Wszystkim, którzy zgłaszają się do mnie po radę zalecam rewizję tego, co faktycznie mają w głowie i lodówce. Potem rozpoczyna się świadome wdrażanie nowego stylu odżywiania. Dopiero, gdy po kilku miesiącach nowego stylu żywienia nie widać efektów (dzieje się to niezmiernie rzadko) jestem skłonna do włączenia suplementów o działaniu odchudzającym. I to produktów o ugruntowanej pozycji, ze znanych firm. Co oczywiście nie pozostaje bez efektów dla portfela.

Wielki błąd, jaki popełniają wszyscy tak łatwo i naiwnie wręcz zdający się na „cudowne działanie preparatu X” jest błędem zaniechania. Oto zdajemy się na – często piekielnie drogie, obrzydliwe lub trudne w aplikacji – tabletki, plasterki, kremiki czy syropki, które mają w radykalny sposób uwolnić nas od nadwagi, związanych z nią problemów i uchronić od efektu jo jo. A to, że nie dokonujemy przy tym zmiany w naszej filozofii odżywiania to, chciałoby się powiedzieć, jedynie drobne niedopatrzenie, które – w naszym naiwnym przeświadczeniu – w niczym nie umniejszy ostatecznego efektu.
A efekt często jest, i to piorunujący. Szczególnie dla kieszenie. Inny, mniej widoczny, to stan naszej wątroby czy nerek, które metabolizują te wszystkie substancje, które tak ochoczo w siebie pakujemy. Nie czytamy ostrzeżeń umieszczonych na dole ulotki drobnym drukiem, nie konsultujemy naszej decyzji z lekarzem czy farmaceutą. Wielu powie “A po co, skoro działa i gołym okiem nie widzę efektów ubocznych?”. Kto bowiem będzie wykonywał badania kontrolne w momencie, w którym preparat X uwidacznia swoje “magiczne” działanie? A kiedy ten przestaje działać, to sięgamy po kolejny, który już “ze 100% skutecznością” usunie wszystkie fałdki, wymiecie złogi i ureguluje pracę jelit.
Czasami przeholowujemy z ilością niewinnych zdawałoby się suplementów i dopiero nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiamy do lekarza, u którego dowiadujemy się, że nasz organizm ucierpiał od tych “cudownych” kuracji. A wtedy często jedynym ratunkiem są niesmaczne tabletki, diety oparte o wodniste kleiki, kroplówki a nawet operacje ratujące nasz nadwyrężony układ pokarmowy. O tym jednak w reklamie nie było…


2

Witaj,

Odwiedzasz mojego bloga. To miłe! Zapewne szukasz informacji o zdrowiu. Zechcesz wyświadczyć mi przysługę? Odpowiedz szczerze na pytania:

  • Jesteś szczupłą osobą, ale chcesz się zdrowo odżywiać?
  • Lekarz stwierdził u Ciebie, że jesteś „na najlepszej drodze” do miażdżycy, zawału, itp. chorób cywilizacyjnych?
  • Masz problem z komponowaniem tego co i kiedy jadasz?
  • Zajadasz stresy?
  • Masz nadwagę lub otyłość i chcesz się pozbyć tego balastu zdrowo i skutecznie?

Jeśli choć raz Twoja odpowiedź była twierdząca, to zapewne zainteresuje Cię moja oferta Audytu stylu odżywiania. Oferowana usługa jest kompleksowym podejściem do tematyki dbania o dobre samopoczucie. Ma na celu naukę racjonalnego odżywiania a także korektę ewentualnych błędów związanych z dotychczasowymi nawykami żywieniowymi.

Nowością jest to, że jedna osoba prowadzi zarówno konsultacje z zakresu psychologii jak i dietetyki. Na tym właśnie polega unikatowość pakietu, jakim jest Autorski program racjonalnego odżywiania. To nowy energetyzujący styl życia indywidualnie dobierany dla każdego Klienta.

To, co proponuję nie jest dietą (nieefektywny szybki rezultat, krótki efekt).

Jest to racjonalny styl życia (efektywny powolny rezultat, długi efekt).

Dzielę się wiedzą i umiejętnościami z zakresu budowania jakości życia. Mam za sobą 13 lat zmagania się z nadwagą. W ciągu 3 lat udało mi się zrzucić 50 kg! Wygrana, która osiągnęłam jest dwojakiego rodzaju – ze sobą i dla siebie. Empirycznie doświadczałam trudów procesu wdrażania racjonalnego stylu odżywiania. Dlatego jak nikt inny jestem w stanie – krok po kroku – asystować w tym każdemu, kto realnie podchodzi do oceny swojej kondycji i stanu zdrowia.

Swoim dzisiejszym stylem życia udowadniam, że zdrowie odżywianie jest trendy a jednocześnie proste w przygotowaniu i smaczne.

Przekonaj się, że nowy zdrowy styl życia to najlepsza długoterminowa inwestycja w siebie!


Pozdrawiam serdecznie,

Ela Stryjek

http://www.esksztaltnezycie.waw.pl/

+48 880 169 314


0

Bynajmniej nie chodzi tu o pojemność opakowań napojów alkoholowych. Chociaż, jeśli dobrze, się przyjrzeć, to zapewne istnieje jakiś związek między butelkami np. piwa a…kobiecą figurą. Związany z kształtem jednych i drugich.

Otóż naukowcy na podstawie badań przeprowadzonych na przedstawicielach mniej pięknej połowy ludzkiej populacji doszli do interesującego wniosku. Wg nich faceci szaleją za kobietami o pewnej cesze. Nie chodzi tu jednak ani o duży i jędrny biust, ani o długie nogi, nawet nie o zdrowo wyglądającą cerę czy lśniące włosy, ale o…lędźwie. A właściwie o stosunek obwodu talii do odwodu bioder. Wg naukowców właśnie te z nas, u których taki stosunek wynosi 0,7 są najbardziej atrakcyjne dla facetów.

Oczywiście panowie nie chadzają na randki z centymetrem. Zwyczajnie ich mózg automatycznie dokonuje takich skomplikowanych pomiarów i w ułamku sekundy bezbłędnie selekcjonuje te z nas, które są najbliższe owemu ideałowi.

Nie zaskoczę Was zwierzeniem, że gdy tylko usłyszałam tę wiadomość od razu sięgnęłam po centymetr. Co się okazało? Jest prawie 0,7. A wbrew pewnej reklamie pewnego trunku wcale nie uważam, że prawie robi różnicę.


1

…chyba zapowiada się wizerunkowa rewolucja dziesięciolecia. Od lat (prócz krótkich przerw z fryzurą “na pieczarkę”) noszę długie włosy.  W dzieciństwie mama wiązała mi na czubku głowy wielkie kokardy, które  dorośli – ku mojej złości a ich uciesze – chętnie tarmosili. Kiedyś moja fryzura była naprawdę zachwycająca. Błyszczące, falowane włosy do pasa. Istna burza, gruba peleryna albo wodospad w kolorze brązowo-złoto-czekoladowym. Całkiem jak u XIX-wiecznej panienki z pensji. Eteryczne i romantyczne. Niepraktyczne, ale piękne. By zapobiec ich zniszczeniu oraz by nie przeszkadzały w codziennych sytuacjach  zaczęłam wiązać je w kucyk albo układać w niski kok. Przyzwyczaiłam się do ich drapania pod szalikami, czapkami i zimowy kurtkami, do oplatania mojej twarzy przy silniejszych podmuchach wiatru czy do długiego suszenia po wizycie na basenie. Jak również do licznych komplementów.

Jednak w czasie odchudzania moja ozdoba nieco straciła na uroku. Czupryna uległa przerzedzeniu. Oczywiście dbam o nią z całych sił. Chodzę spać z mokrymi włosami, używam maseczek (np. z jajka, cytryny i nafty) a przede wszystkim zdrowo się odżywiam. Nigdy nie katuję ich suszarką, lokówką czy prostownicą. Jak dotychczas oszczędziłam im także zabiegów farbowania.

Teraz jednak kiełkuje we mnie myśl o radykalnej zmianie fryzury, zarówno pod względem kształtu jak i koloru. Psychologowie twierdzą, że taka metamorfoza to dany otoczeniu widoczny sygnał o naszej wewnętrznej zmianie, ważnym kroku w wybranym kierunku. Nie wiem, czy nowym wizerunkiem chciałabym zaznaczyć jakąś nagłą zmianę we mnie. Po prostu czuję, że po tylu latach fryzurowej stagnacji mogłam się znudzić lustrzanemu odbiciu. A owe cięcie czy kolor “uaktualni” mój obraz w cudzych oczach. A może to tylko kobieca próżność lub kokieteria?  A wreszcie, może to zwyczajna potrzeba dbania o siebie i podobania się znów doszła do głosu?

Jedno jest pewne. Czuję, że nadchodzi zmiana. Na początek chciałabym zrobić eksperyment  z kolorem włosów. Raczej zdecyduję się na koloryzację henną niż trwałą farbę. Po głowie chodzi mi kolor w odcieniu śliwkowym, choć życzliwe mi dusze doradzają raczej mahoń lub czekoladę. Nie za odważny, nie za ciemny lub za jasny ten śliwkowy? Mam nadzieję, że lustro nie przywita mnie wściekłym bakłażanem!

Zaś do do wyboru długości, to mam jeszcze sporo wątpliwości. Czy “nie cackać się”, obciąć włosy na krótko (oznacza to skrócenie ich o ok. 35cm) i od razu zerwać z dotychczasowym wizerunkiem, czy może bardziej zachowawczo skracać je co 2-3 tygodnie, powiedzmy po 5 cm za każdym razem, by tym sposobem w odpowiednim momencie powiedzieć “pas”. Wiem, że nawet gdyby fryzura okazała się mało twarzowa i nie do polubienia, to włosy kiedyś odrosną, więc tragedia nie będzie trwała w nieskończoność. Niemniej jednak każdy, kto kiedykolwiek żegnał się z długością tak cierpliwie zapuszczaną przez lata i związanymi z tym możliwościami układania fryzur, zapewne rozumie moje dylematy.

Jak już się z nimi uporam i przestanę dzielić włos na czworo, to podejmę stanowczą decyzję, uwzględniającą moje odwieczne “chcę zmiany, ale jednocześnie, żeby to nie była za duża zmiana, mam wyglądać atrakcyjnie, ale nie krzykliwie…”. A wtedy, niewątpliwie z duszą na ramieniu, zasiądę na fotelu i dzięki talentowi fryzjera wyczaruję nowy styl na głowie. Jeśli efekt finalny nie będzie nadawał się jedynie do archiwum X, to zamieszczę zdjęcie i poddam się Waszej ocenie.


4

Wesele, a właściwie weselicho co się zowie już za mną! Huczne spotkanie rodzinne, czyli tańce, hulanki i swawole odbywały w adaptowanych zabudowaniach dworskiego gospodarstwa, w a’la stodole.  Drewniane stoły i szerokie ławy do siedzenia nadawały rustykalny klimat. Skądinąd ławy okazały się zdradzieckie, bo przy którymś szpagacie wykonywanym zza stołu zaczepiłam obcasem szpilki o supercienkie i superdrogie  rajstopy. A tańce? Były na ławach i na…dechach – zwykłych, nielakierowanych. Jako, że siedziałam przy samych wierzejach (prawdziwe dwa skrzydła drzwi do stodoły), to trochę zmarzłam i wciąż boli nie gardło. Uważam jednak, że zabawa była przednia, bardzo oryginalna i warta tych drobnych poświęceń.

Sami możecie ocenić, czy trafiłam z wyborem kreacji.

Wykonanie makijażu, manicure i fryzury powierzyłam profesjonalistkom z salonu. Po pierwsze, już wcześniej odłożyłam na ten kaprys trochę kasy. A po drugie, chciałam spróbować jakiejś odmiany.

Swoją drogą, lubię od czasu do czasu pozwolić profesjonalistce lub zapalonej amatorce  uczesać mnie lub umalować wg jej upodobań. Czasami dostrzegam nowe kolory i kompozycje, które bardzo przypadają mi do gustu. Druga osoba to drugie spojrzenie na mnie, najczęściej mniej krytyczne.

Pamiętam jak kilka lat temu poszłam o kosmetyczki z prośbą o makijaż na wesele. Pani wypytywała o kolor sukni i dodatki. Przedstawiła swój – wg mnie bardzo szokujący – pomysł, a ja zaniemówiłam. W końcu puściła do mnie oczko i spytała „Jest pani odważna?”. Pomyślałam “Co mi szkodzi, jakby była klapa, to skompromituję się zaledwie przed trzema setkami weselników”. Zaryzykowałam. Efekty? Pierwsze spojrzenie w lusterko wywołało…miłe uczucie. Sama, wtedy niemalująca się, nie wymyśliłabym takiej krzykliwej tonacji (granat-zieleń), natomiast ośmielona przez rady profesjonalistki poszłam za głosem namowy i postawiłam na wyrazistość. Potem byłam z siebie naprawdę dumna. Jedyna kobieta w niepowtarzalnej, bo szytej na miarę kreacji (granatowa atłasowa suknia do ziemi) i z takim odważnym a jednak gustownym makijażem. Przyciągałam spojrzenia oryginalnością. Oczywiście należy mieć na uwadze, że trafiają się samozwańczy kreatorzy trendów, którzy potrafią tak uczesać czy umalować, że nic tylko wyć z rozpaczy.

Przy okazji wykonywania makijażu na to wesele miało miejsce śmieszne nieporozumienie. Pani robiąca manicure wypytywała o kolor sukienki. Powiedziałam, że są to odcienie różu i takowe chciałabym mieć również na paznokciach. Ona zaczęła mnie przekonywać, że lepszy będzie french manicure. Dopiero po kilku minutach wzajemnych przekonywań okazało się, że tego dnia to NIE ja występuję w charakterze panny młodej i “frenczyk” nie jest konieczny. I tym sposobem dowiedziałam się, że na tzw. prowincji bardzo popularne są wszelkie, delikatne lub całkiem ekstrawaganckie, odstępstwa od tradycyjnej skromnej bieli.

Pochwalę się jeszcze, że dzieło makijażystki  i fryzjerki było na tyle ciekawe, że pan młody (bliski kuzyn) wyznał, iż 2 razy zastanawiał się kim ja u licha jestem!

Wśród gości weselnych, którzy mieli niekłamaną radość oglądania “na żywo” mojego nowego wizerunku, spotkałam też kolegę z czasów szkolnych. Ku mojemu zaskoczeniu – i mimowolnej konstatacji, że czas lubi płatać figle – okazało się, że zmieniliśmy się, i to bardzo. Mi przez te lata ubyło, natomiast jemu przybyło i to sporo. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak się pozmieniamy. A mamy dopiero po dwadzieścia kilka lat!


2

Z reguły lubimy nowości i powodowane nimi zmiany. Eksperymentujemy ze wszystkimi cielesnymi elementami wizerunku – od długości włosów, poprzez ich kolor aż po zmianę kształtów twarzy i ciała. Szczególnie cieszymy się, kiedy nam ubywa kochanego ciałka i wprost piękniejemy w oczach, szczególnie we własnych. Za to o ból głowy przyprawia nas tycie, które negatywnie wpływa na nasz wizerunek. Okazuje się, że prócz dezaprobaty ze strony lustra, może nas spotkać niemiła niespodzianka ze strony nieczułych…pograniczników.

Wirtualna Polska przynosi wiadomość o tym, że pewien Brytyjczyk nie został wpuszczony z powrotem do kraju, ponieważ jego paszportowe zdjęcie tak odbiegało od aktualnego wyglądu, że służby graniczne uznały, iż nie jest to jego dokument. Teraz mężczyzna nie wyklucza pozwania pograniczników do sądu – podaje serwis News.com.au. Kuriozalna historia rozegrała się w sierpniu 2006 roku. 37-letni Derrick Agyeman wybrał się na weekend z przyjaciółmi do Amsterdamu. Kłopoty zaczęły się, gdy chciał wrócić do ojczyzny. Problem leżał w tym, że na paszportowym zdjęciu był o wiele szczuplejszy, niż w rzeczywistości. Okazało się, że od czasu wyrobienia sobie dokumentu dziewięć lat wcześniej, mężczyzna przytył aż o 31 kg. Na nic zdały się jednak tłumaczenia 37-latka – funkcjonariusze służb granicznych uznali, że paszport należy do zupełnie innej osoby. Ageyman musiał spędzić trzy miesiące w Amsterdamie, zanim udało mu się wrócić do Wielkiej Brytanii.

Kilkanaście lat temu przeżywałam tego typu historie, tyle tylko, że ich uczestnikami byli członkowie dalszej rodziny oraz znajomi rodziców. Proces mojego tycia postępował tak intensywnie, że pod adresem rodziców wiele razy padało pytanie o…zamianę poprzedniej córki na tę nową. W momencie zwrotu i początkach intensywnego chudnięcia zdarzały się podobne historie, choć zabarwione komentarzem “ta sama, tylko mniejsza”.

Nie przejmowałam się tymi zmianami, póki nie zaczęłam odwiedzać instytucji i urzędów, gdzie należy okazać dowód czy legitymację studencką. Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć, że nie jestem podobna do osoby na fotografii w dokumencie. Nie przejmowałam się tym zbytnio. Na wyjazdy zagraniczne do strefy Schengen prócz innych dokumentów zabierałam – na wszelki wypadek – paszport, ale modliłam się, żeby nikt nie prosił o jego okazanie. Przestraszyłam się na dobre dopiero wtedy, kiedy w ubiegłym roku jeden z ochroniarzy chciał wzywać policję, by ustalić moją tożsamość. Wtedy postanowiłam jak najszybciej wymienić dokumenty.

Podczas procedury wymiany dowodu należy podać powód jej wszczęcia. Kiedy powiedziałam, że “wymieniam, ponieważ zeszczuplałam na tyle, że już nie jestem podobna do osoby na fotografii i miałam z tego powodu kłopoty”, urzędniczka zdębiała. Nadmienię, że nasze suche paragrafy nie znają takiego pojęcia jak całkowita lub mocna zmiana wizerunku, która uniemożliwia rozpoznanie osoby. Została więc wpisana formułka “inne powody wymiany”.

Znów śmiało wyciągam dowód, gdyż wizerunek na kawałku plastiku jest zgodny z realnym. A to cieszy mnie w dwójnasób.


0

Niedawno oglądałam program o sektorze fitness. Okazuje się, że pod względem kontaktów ze zorganizowanym fitness’em nasz kraj ma się słabiutko. Otóż, wg danych zaprezentowanych przez CNBC Biznes (TVN) zaledwie 7% Polaków korzysta z usług fitness club’ów, siłowni, itp. Tymczasem w innych europejskich krajach współczynnik ten wynosi aż 30%.

Szczególnie obiecująco brzmi to wszystko dla przedstawicieli branży fitness. Zapewne w najbliższych latach odnotujemy znaczny wzrost nakładów na reklamę jej działalności oraz wszystko, co z nią bezpośrednio i pośrednio związane.  Przed nami oczywiście jeszcze daleka droga do stanu, kiedy to na masową skalę po pracy (przed albo w trakcie) będziemy sięgać po sportową torbę i maszerować – wg grafiku – na basen, siłownię czy inną salę ćwiczeń.

Co ja na to? Oczywiście zgadzam się ze stwierdzeniem, że ruch to zdrowie – fizyczne i psychiczne. Popieram namawianie Polaków do dbania o siebie. Myślę jednak, że zachęcanie ludzi do wyrabiania w sobie nawyku regularnego pędzenia na wielkie sale, pełne ludzi, w tym (często) sfrustrowanych pracoholików, to trochę za dużo. Oczywiście są takie rodzaje aktywności, które przynajmniej w okresie jesienno-zimowym wymagają skupienia się w budynku (np. aerobic, taniec czy gry zespołowe). Nie przeczę, że są tacy, którzy preferują zorganizowaną i zrutynizowaną aktywność fizyczną w pomieszczeniu (wszystko jedno czy klimatyzowanym czy nie) nad tę spontaniczną na świeżym powietrzu.
Chciałabym jednak uchronić ludzi od ulegania, tak rozdętemu na Zachodzie, kultowi ciała. Denerwuje mnie także, że wielkie koncerny wmawiają – pełnym przecież zbożnych intencji oraz dobrych chęci – amatorom, że bez wspaniałych butów, ciuchów, napojów, odżywek i innych gadżetów firm X czy Y ich wysiłek fizyczny jest, jeśli nie bez sensu, to przynajmniej mniej trendy. Chciałabym, żeby każdy wybierał taki rodzaj aktywności, jaki rzeczywiście odpowiada jego upodobaniom. Może ktoś ma serdecznie dość poleceń, klimatyzacji i oddechu ludzi na plecach, ale idzie ćwiczyć do klubu X, bo chodzi tam pół wydziału albo macierzysta firma ma tam kolosalne zniżki?

Mówię to wszystko, gdyż mam dość długie doświadczenie aktywności w miejscach amatorskiego zmasowanego uprawiania sportu (siłownia i aerobic). Lubię tam być, ale od czasu do czasu. Szczytem mojego uspołeczniania jest wizyta, w porze popołudniowej lub w weekend, na basenie. Tam jednak (prócz tłoku na torach) nie ma możliwości aż tak intensywnego podglądania współmęczenników:) Piszę to z przekąsem, ale niech mi ktoś z ręką na sercu powie, że w wielkiej sali pełnej ćwiczących nie ma nikogo, kto nie zwraca uwagi na dokonania innych. Wiadomo, porównywanie działa na nas motywująco. A jeśli nie chcemy się motywować i dołować, a jeśli jedyne o czym marzymy, to leżenie do góry brzuchem?

Prócz wspomnianego basenu najbardziej lubię spacery i jazdę na rowerze. To właśnie wtedy decyduję co i kiedy robię. To ja określam tempo i porównuję się sama ze sobą. To wtedy ruch sprawia mi największą przyjemność. Poza tym, zarówno spacer jak i rower to aktywność bezpłatna, więc ogólnodostępna. Co równie istotne, możliwa do uprawiania na świeżym powietrzu. Ostatnim argumentem mającym przekonać do rekreacji na świeżym powietrzu jest to, iż jest ona możliwa do realizacji przez większe grupy, w tym rodziny. Wszakże przyjemniej spala się obiad (z deserem) podczas spaceru, zatrzymywania się to tu, to tam czy prostych zabaw typu berek, niż podczas samotnej, ustalonej od-do, katorgi w klubie czy na siłowni.


2

Pełnia lata to idealny okres na amatorską sesję zdjęciową. Zwłaszcza wieczorami, kiedy ostatnie ciepłe promienie słoneczne miękko pieszczą wszystkie kształty i kolory. A zatem mojej sesji miejskiej odsłona druga.

Spacer w szpilkach z zamkniętymi oczami? Niemożliwe staje się możliwe.

Pieszczona ostatnimi promieniami słońca.

W tle PKiN a na pierwszym planie palemka na głowie.

A teraz w drugą stronę.

Ach, te motory…

O, mrówka!

Portyk chińskiej restauracji.

Wyginam śmiało ciało.

Uwielbiam siadać na balustradach.

Uśmiecham się, choć ludzie dziwnie mi się przypatrują. W końcu nie co dzień zdarza się widzieć taką kobietę i taką sesję.